poniedziałek, 11 grudnia 2017

O mapowaniu kilka obrazów...

Jako postfactum zacnej dyskusji o tworzeniu map batymerycznych wrzucam grafiki.


 Tak wyglądają mapki wygenerowane w echosondzie Garmin - przesłane przez Kolegę GdzieśDaleko



Tak wglądają mapy z pogramu Reefmaster2 widoczne na aplikacji Locus Map w smartfonie.


To samo, ale z mojego echa. Zrzuty ekranu mają słabą rozdzielczość, ale w realu to niewiele lepiej wygląda.






A tu mała ciekawostka @ korekcji logów:


I fragment dna w powiększeniu. Widać ławice, ale najciekawsze są pingi z echa poniżej poziomu dna. I mapa nieskorygowana byłaby obarczona właśnie takim błędem. 




środa, 6 grudnia 2017

A oni już łowią......


 
Tak trochę hardcorowo, nie polecam- 4cm może tam lodu jest. 
bałbym się łazić po trzaskającym lodzie, starzeję się ;) 
Najgorsze jest to, że nie mamy dobrych prognoz na grudzień. 

Po raz pierwszy wstawiłem w ten sposób film, do tej pory wklejałem linki w html, będzie wygodniej na przyszłość. 
 

środa, 29 listopada 2017

Wejdziem, nie wejdziem.......

Kolejny sezon przed nami, na dalekim wschodzie od nas już łowią. Ja tradycyjnie spodziewam się zimy w połowie stycznia i jednocześnie odliczam w pamięci te gó....niane zimy minionych lat. Ileż ich było? Cykl łagodne- ostre jest siedmioletni, więc może następna zima będzie już normalna?
Oczywiście zapowiadało się z fajerwerkami, znaczy zimą stulecia- jak powszechnie wiadomo te zjawisko nie nastąpi.
Najgorsze w tym wszystkim, że zupełnie nie mam weny na ryby w tym roku.
Od przyszłego tygodnia wchodzi ekipa na remont wnętrza domu. Na szczęście nie mam już tylu obowiązków sołeckich ws. pomocy poszkodowanym wichurą.
Jedyny pozytyw  jest taki,że zwalczylem łokieć tenisisty , co mnie męczył od września. Będę mógł wiercić, o ile świder dotrze. To osobna historia będzie.
Nie mam planów na ten rok. Coś tam dłubię. Dla Bartasa będzie zestaw, film z lutowania wstawię - bo zniknął wraz z poprzednim kanałem YT
On ma rację w jednym - nie można być zbyt wylewnym w tych czasach, ścigać się na ryby jest też niepraktyczne, bo człowiek traci to, co najważniejsze w tym wszystkim , czyli dobrą zabawę.
Mam nowe jeździdło, muszę sprawdzić, czy sanki pasują podlodowe do bagażnika, bez składania kanapy. Marzy mi się rower trójkołowy do przemieszczania po lodzie. Tylko jak zapakować coś takiego do auta? myślałem o tej rampie na hak zakładanej, co myśliwi wożą zwierza ustrzelonego. To też może pełnić rolę bagażnika rowerowego.
Jest tylko jedno ale - zima na to za krótka, policzywszy wszystko do kupy jest po prostu za drogo.
A, jeszcze jedno - chyba jestem na tropie lutowania mormych wielokulkowych, stereo, duo i jak tam je w internetach zwą.
Z obserwacji rynku wynika, że zrobiliśmy z GaGackiem niezłą robotę propagując lutowanie mormych. Ceny wersji podstawowych spadły, jest więcej wytwórców, opcji, pomysłów.
Do tego nie ma problemu z dostępnością wolframu, można go ściągnąć bezpośrednio z Chin. Zauważalnie natomiast podrożały haczyki Gamakatsu 1050N, moje ulubione do zabaw w lutowanie.
P.s. Kupiłem stację lutowniczą, chińczyk, daje radę.
Do usłyszenia wkrótce.

Wiecie, że za chwile będzie 5 lat, jak się tu widzimy?

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Dzisiaj nie będzie o rybach..........

Cześć.
Bardzo nietypowo, może trochę nachalnie, ale podzielę  się z Wami tym co spotkało moją miejscowość - jak i inne sąsiednie. Żeby nie było, nie proszę o pomoc, współczucie. Chcę tylko pokazać jak mało znaczymy wobec żywiołu, ile można stracić w ciągu kwadransa piątkowej nocy i jak to jest z systemem, który ponoć zadziałał.
W telegraficznym skrócie:
piątek 11.08
 - cały dzień: mówię, że przypie......doli coś grubego, nie ma czym oddychać, wieczorem 27 stopni  w cieniu
21.45. Zaczyna się dyskoteka na niebie, bow cośtam - jak piszą na internetach później. Energetyka prewencyjnie wyłącza prąd. Siedzimy przy świeczce z Wiolettą.
22.30 - zbieramy się do spania no i się zaczyna - hałas nie do opisania, szum zagłuszający wszystko. Przez dachowe okna widzę latające dachówki, które..krzeszą iskry. Uciekamy na parter, w międzyczasie potop - woda wlewa się przez zamknięte okna.... grad, ulewa, wyładowania w górnych warstwach atmosfery.
Zalewa nas - woda tryska z okien jak z ogrodowego węża, wciskam ręczniki na parapety, żeby osłabić napływ do pokoi. Zalewa całą podłogę, zniszczone okolice okien dachowych to kolejne źródła potopu. Woda leje się żyrandolem na piętrze - zalało cały strop poddasza.....
Szufelkami, ręcznikami , wybieramy z Wiolettą ok. 200l wody.....Burza się oddala. Widzę, że wokół drzew nie ma, że straty są duże. Wybiegam boso na podwórko z latarką - włażę na odłamek dachówki- boli jak cholera,ale nic to.
23.00 We wsi pojawiają się błyski latarek, idziemy zobaczyć, co zostało ze wsi. Ojciec mówi, że chlewnia nie ma dachu i całej kondygnacji..




Obora wygląda jak po bombardowaniu....

U sąsiadów nie jest lepiej - uszkodzone/zerwane dachy straszą  żebrami krokwi wywalonymi na słońce....





Młodemu rolnikowi - Bogdanowi, latajace z dachu eternitowe noże przebijają opony w kombajnie, którego nie zdążył zagarażować - garaż obecnie nadaje się tylko do rozbiórki- nie miał wieńca, szczyty przewrócone, mury wciągnięte.....



Mnie w sumie potraktowało ulgowo - zniszczone 1/4 pokrycia jednej połaci dachu, zalany dom. Za to gospodarczy cały, samochody były w środku, co nie zawsze jest regułą....

Jeszcze w piątkową noc nagrywam się na 998 z prośbą o zabezpieczenie budynku...Ludzie łażą bez sensu po wiosce, oglądają cudze zniszczenia zamiast zadbać o własną d...pę. Słabe to trochę i będzie miało skutki już następnego dnia.

Sobota
Siora z Ostródy wpada na genialny pomysł- szwagier kupuje w castoramie bydgoskiej 2 agregaty - ostatnie z wystawki. Plandeki, liny, przedłużacze, bańki na benzynę....Jest tylko jedno ale - nie ma do nas dojazdu- zwały na szosie, po kilkadziesiąt zwalonych drzew, leżące na jezdni liny trakcji średniego napięcia( te wielkie kratownicowe słupy). Dojazd szosą kończy się kilometr od nas, szwagier ładuje się na pobocze. Kontakt tylko sms, stacje bazowe nie działają, jeszcze rano doznaję chwilowego olśnienia i przerzucam kartę sim ze smartfona do starego samsunga solida- mam zasięg!, nawet czasami mogę się dodzwonić........ Przebijamy się z ojcem polami jadąc jego starym ursusem c330. Dość emocjonująca sprawa, bo to wersja mocno podstawowa, kabrio i bez oświetlenia, o papierach jakowyś nie wspomnę. Uspokajam go, że skoro nie można dojechać do nas, to policji na pewno nie ma.....
Mamy agregaty i benzynę, robimy sieci zasilania, wpinam telefon, bo bateria zdycha.  Dzwonię do wójta, dostaję polecenie objazdu ludzi i określenia ilości uszkodzonych/zniszczonych budynków.
We wsi drzewa leżą, trzeba się ładować polami. To nie jest śmieszne, bo kilka godzin wcześniej traktory grzęzną - nie wiem ile litrów spadło na m2, patrząc później na przybór wody w stawiku, sądzę że powyżej 100 l/m2.
Statystyka wypada porażająco: w całej wsi tylko 2 gospodarstwa domowe nie ucierpiały. Pozostali mają duże bądź bardzo duże zniszczenia....
Około południa przyjeżdzają strażacy. bo dostali wezwanie. Proszę o oplandekowanie domu, pytają czy mam plandekę, bo oni nic nie mają prócz chęci do pomocy. Na szczęście chomik jestem i mam coś takiego, co choć pół dachu osłoni. Wiatr bardzo przeszkadza, mają tylko jedną drabine, nie możemy przełożyć ciężkiej plandeki przez kalenicę. Pomagam wędką - batem - niestety, to ostania jego przygoda.....
Sąsiedzi wnerwieni, bo strażacy nie chcą im pomóc - nie otrzymali wezwania, a system jest ściśle określony...Mówiliśmy z Wioletą w piątkową noc, by wzywali straż - ale szok po katakliźmie lub ciekawość strat i zniszczeń odebrała niektórym zdolność myślenia i przewidywania.
    Około 16tej strażacy przebijają się do nas, zawożę do UG zbiorówkę ze stratami. na 20 mają być u wojewody......
Zaglądam do rodziców, szwagier z siostrą już działają, ojciec jedzie pomóc w wywózce drewna z zakorkowanej drogi. Pech, że drzewa należą do Lasów Państwowych - ale o tym później.
Póki co przenosimy zboże na dom mój rodzinny, zalało mi bobik i łubin dla leszczy, zabieram go i będę suszył u siebie na poddaszu gospodarczego.
Nawet nie pamiętam, kiedy zasnąłem, padam z nóg, bardzo dużo się dzieje, nie dość że trzeba ratować własną d... to jeszcze rodzice potrzebują pomocy i muszę myśleć o moich sąsiadach. W końcu jestem ich wodzem ;)
Niedziela.
Rano, o dziwo mam internet. Sławek pyta w mailu, czy żyjemy, bo to co widział, nie miało dotąd miejsca w historii radarów pogodowych....Front atm. zazwyczaj jest linią chmur, poziomą, pionową - to co nas zmiotło, było okrągłe i miało w środku dziurę - czyli rodzaj cyklonu, albo coś w tym typie.
Prędkości wiatru podawano od 150 km/h, ale taki wiatr nie porwie traktora, kombajnu a wiem już o kilku takich przypadkach w promieniu 10km ode mnie. Ja obstawiam że porywy dochodziły do 200km/h. może uda się kiedyś to jeszcze sprawdzić.
Idę do roboty u rodziców, wiem co spotkało sąsiadów, ale poza współczuciem nie mam dla nich nic.
Gmina milczy, wojewoda też(stan klęski żywiołowej &CO)
Ludzie zarobieni, pomagają sobie jak mogą, wymieniaja się płytami eternitowymi - jak komuś pasuje ta fala niska/wysoka, 
Pada zapowiedź pomocy finansowej do 6 tys zł na dom, wydzielanej przez lokalny GOPS, z pieniedzy od wojewody(1,2mln) Dowiaduję się, że w mojej gminie uszkodzonych jest ponad 350 domów, a cała gmina liczy 5000 głów..Masakra.
W wielkim świecie brak jakiegokolwiek info o katakliźmie. Cisza. Warszawka się bawi, odpoczywa, wszak długi będzie ten weekend....

W poniedziałek pojawiają się pracownicy GOPS, wypytuję o skalę zniszczeń w gminie, spisują protokół i w zasadzie to wszystko. Nie ma decyzji wojewody, cisza w eterze, całość pomocy ma na sobie UG i straż pożarna.

We wtorek rano w internecie pojawiają się pierwsze artykuły o klęsce, prośby o pomoc. Wielcy tego świata docierają do kilku lokalnych miejscowości, jest spotkanie sztabu antykryzysowego.....nic dla nas z tego nie wynika. Brak decyzji wojewody, samorząd lokalny ma za mało ludzi jak na taki kataklizm, W mediach bohaterem staje się sołtys Rytla.
Nie wiem jak to jest, ale jak to Sławek powiedział, wydaje się że chciano przyoszczędzić na nas, ale później względy PR-owe przeważyły, padają kolejne obietnice pomocy......
Ludzie pytają mnie na sołectwie - kiedy będą rzeczoznawcy, co z pomocą, kiedy, ile, jak.....jest mi cholernie głupio, że nie znam odpowiedzi nawet na część z tych pytań....Będą, przyjdą, nie zapomną....

Kolejne dni

Zlały mi się jakoś nie pamiętam szczegółów, poza tym, że nie ogłoszą stanu klęski. Nie interesują mnie polityczne przepychanki mejdżersów z pierwszych stron gazet, ja chcę pomóc swoim ludziom, za bardzo nie mam jak.
Kontaktuję się z GaGackiem, który wraca z urlopu, przejeżdża niedaleko, nie chce robić kłopotu, wzruszył mnie chłopak ofertą pomocy...Walczymy dalej.
Sławek doradza mi jak poradzić sobie z prądem z agregatu, który jest mało strawny dla elektroniki pokładowej gospodarstwa. Udaje mi się wpiąć piec co, mam ciepłą wodę, a wszystko dzięki staremu, ruskiemu stabilizatorowi napięcia, który pozwolił odpalić elektronikę pieca z podajnikiem.Umyć się w ciepłej wodzie to jest coś!
Wstępna rozmowa z dekarzem, pomoże, ale z dachówką jest kłopot ,jak zorganizuję, mam dać znać.
Na szczęście mam polisy na dom, rzeczoznawca ma być 24.08 Do tego czasu nie ruszam nic, tylko wietrzę. Wychodzę z założenia, że im gorzej będzie wyglądać, tym lepiej dla mnie.
Kolejne objazdy i komunikaty dla ludzi na rzecz zarządzania antykryzysowego. Pojawiają się pierwsze dostawy pomocy humanitarnej, rzeczowej.
W międzyczasie po okolicznych wioskach grasują spekulanci z agregatami, ja bym albo wezwał policję, albo spuścił im łomot- przez nieznanych sprawców oczywiście.
W środę piszę maila do Lokalnej gazety  z prośbą o przyjęcie rezygnacji z mego udziału w plebiscycie Sołtys Roku 2017, nie wiem kto mnie tam zgłosił i jaki miał cel. W każdym razie wymalowałem pisemko, w którym wyjaśniłem że w warunkach klęski, która nas spotkała nie czuję się w niczym lepszy od moich kolegów sołtysów, poprosiłem o usunięcie kandydatury, co zostało przyjęte. 
Gospodarstwo rodziców w miarę obrobione, mam czas na ogarnięcie swojego. W czwartek wieczorem przyjeżdżają strażacy by osłonić drugą część zniszczonego dachu, bo dzień wcześniej znowu deszcz i znowu zalało górę, choć to nic w porównaniu z czarnym piątkiem 11.08.
Mają podnośnik, plandeki, praca idzie im bardzo sprawnie. Przyjechali do nas z Chełmna, wcześniej widziałem druhów z Ostródy. Także Straż działa. I to im powiedziałem, że to nie system zadziałał - jak gadają telewizory, tylko OSP i PSP oraz lokalne samorządy.Prąd włączyli ! po 6ciu dniach.....
W piątek wiozę Wiolettę na pociąg do Wrocka, nie będzie jej przez 3 tygodnie, także poziom trudności całej akcji wzrasta......Miała być wędkarska baśń z 1001 nocy, ale los pokierował inaczej.
W sumie to nawet nie mam chęci - to jest najgorsze. Ewentualnie jakieś późnowieczorne/leszczowe zsiadki, bo w dzień telefon się urywa i co chwila jestem w terenie.
W sobotę po wsi grasował nadleśniczy, straszył sądami za nielegalne pozyskanie drewna, sąsiad go ogarnął, że  odblokowaliśmy gminną drogę, że Wójt wydał takie zarządzenie, sołtys dostarczył.........
Gówniana topola, której nikt nie kupiłby na opał......."No to może choć za symboliczną złotówkę sprzedamy....."Później dowiaduję się, że prikaz z góry zakazywał rozdawnictwa drewna LP za robotę. Trzeba je oficjalnie zdjąć ze stanu poprzez sprzedaż, choćby za tę złotówkę.
W międzyczasie szukam dachówki - mojego wzoru nie ma w produkcji od kilku lat i mam przechlapane jak w ruskim czołgu.....

Wojsko pod strzechy!

W sobotę dzwoni do mnie UG, czy potrzebni są wojskowi do usuwania szkód.
Pachnie mi to medialnym lansem...Obdzwaniam najbardziej poszkodowanych, jedna rodzina zgadza się, wojacy mają zacząć w niedzielę.Gmina pojawia się w mediach regionalnych i ogólnopolskich. Rozmowy, wywiady, obraz zniszczeń. Pomoc materialna napływa coraz większym strumieniem. Mają być materiały budowlane, ale co, gdzie, kiedy i jak to nie wiem.
Dziś, pisząc te słowa jest 10.55 w poniedziałek, żadnego żołnierza nie widziałem. WTF?!
Albo trzeba dotrzymać słowa, albo nie obiecywać gruszek na wierzbie........



Wczoraj wieczorem miałem rzeczoznawców od polisy domowej, kompetentni ludzie, ale zabłądzili i trafili do agresywnych sąsiadów(przyjezdnych, swoi są spokojni i nad wyraz cierpliwi), którym nie mogli pomóc, bo nie są w ich grafiku, o mało co nie doszło do rękoczynów...Ci ludzie to firma zewnętrzna z Warszawy, dużo widzieli w Polsce szkód, ale nigdy takiego ich  nagromadzenia Dziwią się że wojewoda nie wprowadził stanu klęski, podobnie jak temu,że 90% mieszkańców mówi im, że sobie radzą ,ale prawdzie szkody ma X czy Y......

Nie padają żadne kwoty, tylko protokół z oględzin, pomiary, inwentarz uszkodzonych mebli, m2 dachu itp.
Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Poniedziałek 21.08.
Wstaję z postanowieniem, że to opiszę, by nie zapomnieć, by ktoś kto tu zagląda czasem zobaczył to, czego nie ma w telewizji......przekaz z pierwszej ręki.

10 dni po katakliźmie część ludzi otrzymała pomoc finansową rozdzielaną przez GOPS, biurokracja spowalnia szacowanie szkód w budynkach gospodarczych, powoli rusza komisja szacowania szkód na polach.
I wiecie co? Nie wierzcie telewizji. Niezależnie której.
To samorząd walczy, strażacy walczą, zwykli ludzie walczą. Mainstream chce się lansować z pozycji krytyka lub propagandzisty.
 Jedno jest pewne. Nic nie będzie takie same, gdy pojawią się pieniądze, zawiść ludzka oszaleje. Tego się boję, ale w sumie nie jest źle. W sołectwie wszyscy żyjemy, mamy gdzie spać i czekamy.........
Patrzę na meteo.pl. Dwie ciężkie noce się zapowiadają -padać ma. Rozstawiłem miski......

Edyta- zrobiłem małą korektę, trochę myśli niedokończonych, co uciekły- złapałem i dopisałem na swoje miejsce....
 
Kuzynka Edyta (Stawka....?) Nadleśnictwo pomogło rozwiązać sprawę drzewa, przekazali pomoc finansową dla wsi i uda się to persaldem rozliczyć.....Mój sen będzie trochę spokojniejszy.
 




sobota, 18 lutego 2017

Wracam do gry !

Po dłuższej przerwie ruszyłem na te ostatki podlodowe. Odwilż na całego, robactwo w powietrzu lata, ptaki drą dzioby. Pewnie jeszcze tydzień w miarę bezpiecznego łowienia zostało. Teraz już nie ma kompromisów: kombinezon wypornościowy, kolce, styro pod tyłek to już obligo. Grubość pokrywy lodowej u mnie to ok. 22cm, dwa pierwsze od góry są już przeżarte ciepłem i deszczem. Jak zacznie padać, to sprawy pójdą szybko.....
     Rano zabrałem mięsne dania, mięsne kijki i ruszyłem na znane mi, a w zasadzie znane z ryb złowionych przez znajomego tam przed kilku laty. Pora ta sama, chciałem sprawdzić tę metę. Okazało się, że ryby brały, ale dwa dni temu, w silnym słońcu. Wyjechały spod lodu 37, 38 i kilka 30cm pasiastego szczęścia. Niestety, dziś nie współpracowały i poza odnowieniem starej znajomości podlodowej, ten wyjazd nie dał żadnej frajdy. Ot, około 10 wymiarków, z czego ze 2 z + i to było wszystko. Wracam na obiad, przeładowuję graty, decyzja prosta - jadę na góry. Głupio powiedzieć, ale miałem przeczucie że coś się wydarzy. Wpadam do rodziców po igłę do zastrzyków, o 14.45 jestem na lodzie. Z daleka widzę człeka, coś ciemnego przy nim leży. Ryba? Nie, siekiera...Wiem kto zacz... Odpalam echo, plan na dziś to zrobić porównanie flasera z LCD  i ochrzcić nową wędkę. Łowienie na ciężko, ochotka w odwodzie. Pierwsza seria dziur pusta, w drugiej serii coś tam widać na echu, dziwne skupisko....no własnie nie wiem czego. Jedna rapalka, druga rapalka ,błystka, bałda - nic. No to na mięso. Też lipa. Żuki, kiełże - cisza. Złoszczę się, czas niepotrzebnie stracony - ale ciekawość większa, żeby zobaczyć co tam siedzi........ W między czasie podchodzi właściciel siekiery, chwilę gawędzimy, dopytuję się o sandacze, bo te  miejsce aż pachnie zedem. Facet robi zaskoczoną minę, ale potwierdza, ze przed kilku laty to i owszem, na dużym mrozie, zdarzały się mu po 3-4 sztuki.....
Pomstujemy, że w tym roku słabo z rybą, człek dziwi się, że tak późno przyjeżdżam, bo tu tylko z rana.....Przyjeżdza jakiś samochód na plażę, z 4 chłopa wychodzi. Mój rozmówca jakoś nerwowy się robi.....trzeba się zwijać itp. To nie straż, piwkować sobie w plenerze przyjechali. Zostaję sam na lodzie, zmieniam miejsce na szczyt podwodnego garbu. Nie chce mi się wiercić dziur, obrabiam jego siekierowe wypusty. W trzeciej z nich coś na echu miga. Trochę pracy rapalką i siedzi! Wędka solidna jest, może za sztywna na te okonki, ale trochę się gnie, nawet hamulec coś oddał. Mam cię. Niezawodna rapalka - okoń robi robotę. Ciekawe, czy są tam twoi kumple..... Idę wypuścić rybę, te dziury postsiekierowe mają dużą powierzchnię, ale sam otwór wylotowy jest niewielki. Puszczony okoń nie chce zejść w dół, dekompresja wydęła go i trzeba go kłuć. Przydaje się igła do zastrzyków, szybka akcja, pssss i ryba schodzi w dół. Wracam do szczęśliwej dziury, widzę tam spory ruch. No to zaraz będą.......Lipa. Wyłączam kamerkę, zmieniam kolejne przynęty, ciągle wyjścia ryb i to sporych- w porównaniu do tych, które "podziwialiśmy" z GaGackiem... Wreszcie na bałdę siada coś sensownego. Odjeżdża ładnie, kijek się trochę wygina. Wyskakując z przerębla, pluje krąpiem. W dobrym stanie, takim na 7cm. Czyżby wyjaśniła się zagadka skuteczności większych przynęt? Skoro pasiaki celują w takie rozmiary......to muszę coś wymyśleć na jutro. Kolejne kłucie i wodowanie, wracam nad dziurę w nadziei na ciąg dalszy....Na brzeg przyjeżdżają kolejne ekipki, pewnie pyfko w plenerze..... Muzyka, hałas denerwują. Zaczynam szukać dalej, mam jeszcze z pół godziny zanim zrobi się ciemno.
Na ochotkę wyławiam kilka palczaków, te większe zwinęły manatki, w każdym razie nie widać ich na echu... Czas do domu.
Po drodze narada z GaGackiem, cieszę się, że ryby wreszcie ruszyły.... Może tak jutro jeszcze uda się wyskoczyć....... Od poniedziałku wichury, środek tygodnia bez możliwości czasowych, do czwartku i piątku daleko.
P.s. nie chce mi  się bawić teraz w filmik, poskładam to jakoś w podsumowaniu sezonu.
Do usłyszenia. Darz lód!!

niedziela, 12 lutego 2017

Łowimy z GaGackiem cz. 3

Ostatni materiał złożony z naszych nagrywek. Bez szczęśliwego finału w postaci okazów, za to na luzie, 100% autentyczności i spontanu....