sobota, 13 lutego 2021

Gościnnie na wodach PZW Słupsk.

Z kolegą Markiem zrobiliśmy rajd po jeziorach słupskiego PZW, ostateczny rezultat niezły, choć niedosyt pozostał, ale po kolei. 
Zezwolenie kupiłem online, w czwartek, nie przysłali do dziś. Zrobiłem sobie kopię potwierdzenia wykonania przelewu w smartfonie, gdyby kogokolwiek to zainteresowało. Jeziora wstępnie rozpoznane- łowią tam znajomi i krewni Marka, więc namierzenie ryb miało przebiegać sprawnie. Nie było, albo inaczej -odczyty owszem, ryby takie sobie i to mocno takie sobie. Kompletacja sprzętowa taka, że wszystko kręci się wokół Livescope - jeśli go zabieram. Na wodzie nie jest tak łatwo jak na lodzie z tym sprzętem- nie ma kołysania, znoszenia z kierunku itp. Generalnie to jest narzędzie, które zmienia wędkarstwo podlodowe - w materii wyszukiwania ryb. Flashery tradycyjne umrą lada chwila, systemy live wyprą je w ciągu kilku lat z większości wędkarskich sanek  w USA. Po prostu wnoszą bardzo dużo na lodzie  - rozpoznanie miejscówki, namierzanie pojedynczych ryb. Tutaj temat jest wyjaśniony definitywnie i całkowicie.... Sprawdzenie 50ha wody zajęło ok 4 godzin wczoraj. Nie brały, bo tego żaden ekran nie zagwarantuje, ale pozwoliły szybko się przemieszczać i sprawdzać kolejne mety. Generalnie wczoraj byłem.....operatorem sprzętu, bo w pewnym momencie było nas sześciu chłopa i łaziliśmy po lodzie wiercąc, skanując i próbując coś złowić. 
- Marek, 10m na godzinie 13.....
-Tu?
-Nie, przesuń się dwa metry w lewo
Tak to wyglądało w praktyce. Nie było ciśnienia na ryby u mnie, kompania zacna, śmiechu, wymiany informacji mnóstwo. Tak to powinno wyglądać i życzę każdemu. 
    Pogoda strasznie zmienna, od słonka po prawie zamieć, nie dziwiłem się, że nie odpaliły wczoraj, pomimo rzeźbienia odczytów, kontaktu Łukasza z jakimś potworem niezaciętym a holowanym z kołowrotka.... Padłem jak śledź, zdążyłem tylko przerobić klamoty, bo wczoraj okazało się, że tamtejsze ryby nie biją w balansówki a preferują blaszki lub tradycyjnie - mięsko na haku. Z tym drugim problemy chwilowo rozwiązane- kurier przywiózł paczkę towaru, jokers od razu po przepłukaniu poszedł do mrożenia jako dodatek, haczykowa śpi w torfie, ale też będę ją mroził- padnie zanim zużyję- a szkoda kasy. Mormyszek nalutowałem w czwartek, haki f13 gamaki, z uchem, 5,5mm średnicy, ale duża dziura na hak więc trzeba było kombinować z lutowaniem. Generalnie prosta robota, ale pogubiłem się w klamoctwie do lutowania- dawno nie rzeźbiłem nic, z przyczyn obiektywnych. 
          Bałda też nie podobała się tamtejszym rybom, generalnie słabo, liczyliśmy że choć oczy się nacieszą siejami na ekranie-bo są jeszcze , te prawdziwe , a nie hybrydy z zarybień. Niestety, nie, nie tym razem, a może już nie. Znak czasów. Działaliśmy do wieczora, kompania próbowała białoryb kusić, my, my do końca w okoniowych klimatach. W drodze powrotnej planujemy sobotę, inna woda, mniejsza, teoretycznie jeszcze łatwiejsza do obszukania z elektroniką. 
7.30 Marek jest po mnie, ładujemy klamoty i ogień. Zapas ochotki,wędka do żuczka, szpulka z bezmotylkami- to dodatkowe sprzęty w porównaniu z piątkiem. Dużo tego, pląta się, ale jakoś  można to pogodzić na jednych sankach.
Zaczynamy wedle sprawdzonej trasy- chłopaki od Marka łowią tam i dają namiary  na okoniowe mety. Ryb umiarkowanie , małe, Marek otwiera wodę breloczkiem okoniowym. Na lodzie,pod śniegiem woda i to dużo. Świdry typu Tonarowego grzęzną w brei, u mnie z ostrzami sferycznymi jest lepiej, choć i tak na dwa świdry jedziemy, jeden techniczny- dla wiercenia przetwornikowego, drugi- mój, do otworów roboczych. 
      Kolejne skanowania- słabo, zmieniamy brzeg. W oddali grupka 3 wędkarzy co chwila się przemieszcza- znaczy nie bierze....Przysiadamy pod brzegiem, dużo mobilnych odczytów w toni, czas sprawdzić je. 5m wody pod nami. Błystka- nic, balansówki nawet nie zakładam, wygrzebuję z pudełka cosik podłużnego i jasnego, bo Markowe ryby właśnie w coś takiego pukają od czasu do czasu. 
Ochotki- bez entuzjazmu, srebrna dyskoteka ze starych zapasów- jakieś podskubywania, na ekranie rój rybek i ryb- chodzi o to , by sprawdzić co jest pod nami, bo jak krąpie- to trzeba stąd znikać. Nie mogę nic wciąć z brań- za dużo ochotek na haku i to sporym, więc próbuję inaczej - odpalam szpulkę z mini żuczkiem z koralikiem na dwóch ogniwach łańcuszka biżuteryjnego. Gram, gram, gram- znajome "bach",coś chce wędulkę z dłoni wyrwać. Płotka 20cm+, za chwile kolejna. Wiadomo o co chodzi, zwijamy się. 
      Pod brzegiem pusto, w końcu gdzieś na wodzie dwa większe odczyty. Mój kompan odpala błystkę pierwszy:
- Jest. 
- Narmalnyj?
-Tak
I jedziemy na całego, miękka szczytówka jego wędki amortyzuje oksa. Po chwili jest u góry. Ładny 37cm, waga pokazuje 720g, próbuję sprawdzić, czy kolega jego został w okolicy, ale nie, dziura opustoszała. Spawdzamy brzeg, zwalone drzewa serią dziur i nie ma tego co nam potrzeba. Wracamy pod brzeg,  z którego zaczęliśmy dzisiejszą rybałkę, ale w innym miejscu- plaża, szeroki pas trzcin. Fajne miejsce na okonie- niezależnie od wody. Szybka seria dziur, kolejna. Zatrzymuję się już zmęczony nicniełowieniem, mocne postanowienie, że od teraz tylko mięso. 
Marek ma rybę. Gorąca jazda, wędka wygięta. 
- Jak to jest okoń, to nie przejdzie przez dziurę 115mm
- To sieja albo szczupak
Jest wyżej, widzę coś jasnego,ale zwiało spod dziury. Kolejny odjazd, asekuruję żyłkę oczkiem z palców, by nie przetarł jej o krawędź lodu kręcąc bąki pod pokrywą lodową. 
-Sieja!
-Nie, widzę cętki
Spory jest, żółte oko łypnęło na mnie, szczuka nie chce się ułożyć odpowiednio ,żyłka oplątana, wychodzi dołem gdzieś no i jest problem
-Marek, ja ma coś na tą okazję, pokazuję mu teleskopową osękę- nie ma wyjścia innego , bo dziura mała i ręki jak włożyć też za bardzo nie ma, z resztą nie spieszy mi się mieć poprute palce zębiskami...
Udaje mi się go podebrać, fajna ryba, 66cm, zielonożótej siły, cały w pijawkach....
W międzyczasie kuzyn łowcy do nas dociera, ryba już zwodowana, rzeźbimy dalej ale słabo jest. 
   Kolejne skanowanie przetwornikiem, znowu jakieś stadka ryb, decyzja taka że seria dziur będzie wokół otworu technicznego, kolejno będzie się je obławiać. 
Duży pęk ochotek w wodzie, mormycha miedzianego koloru, ładnie opada w zasięgu wiązki przetwornika. Coś skubie. Raz, dwa- nie mogę się wciąć w rybę, drobiazg. A potem następuje delikatne branie, które po wcięciu zostawia szczytówkę przygiętą do dołu.....Kij nie jest zbyt miękki, żyłka 0.08, trzeba być grzecznym....
- Leszcz?
- Nie wiem, tępy opór, nie pulsuje jak okoń
Odjazd jeden, drugi
- Narmalnyj? 
- Tak, 
- Już się cieszysz, nie gadaj, że nie....
Mam go, łeb wychyla się z dziury. Kawał luja jest. Zapięty za kraj pyska. Nie widziałem momentu brania na echu, wychynął z dna po prostu. 
-39, zobaczysz
 - Nie wiem
- 37, dokładnie taki jak mój, zważę go. 
Wyszło 760g. Fajna ryba. Nie ma co gadać. 






Szybkie 3 foty, wodowany z dala od szczęśliwej dziury, rzeźbimy dalej. Dołącza do nas Łukasz, który w miedzyczasie za płotkami poszedł. Sypie żarło rybom, sprawdzam jak to wygląda na echu. Po prostu słup, smuga od powierzchni do dna a wokół niej tańczące odczyty ryb. 

Była 12ta z minutami. 
Kontaktów z rybą coraz mniej, kręcimy się wokół szczęśliwej dziury, w nadziei, że coś podniesie się do mormyszki. 
Nic.
- Jeszcze tylko jedna ryba i jedziemy do domu. 
W tym samym momencie jest branie i mój kompan holuje płoteczkę
- Zobacz, dziś miałeś w rękach 4 gatunki ryb...
- Hehe, fakt. 
-Ja miałem trzy
Wracamy, droga szybko mija, snujemy plany kolejnych wypraw, także tych wodnych- wiosną i latem. Mówię o swych planach mapowych.
Jest dobrze overall, ale wczoraj powinniśmy być tam, gdzie dzisiaj ,bo woda mniejsza, łatwiejsza do przeszukania.....
Myślę o leszczowych zasiadkach i o tym że muszę sobie pod blaszkę jakąś wędkę delikatniejszą zrobić. Bo moja artyleria jest za ciężka po prostu i o wielu braniach nie wiem, choć dziś miałem silikonowy kiwok, bo  nie marzło praktycznie i nie przeszkadzał w łowieniu. Oprócz tego trzeba ściągnąć ze spiningu jeszcze jeden kołowrotek i żyłkę nawinąć, bo ruchoma szpula mi się po prostu za mono plącze. 

wtorek, 9 lutego 2021

Zmiana bociana.

 Okoniom dam spokój, teraz i tak nie ma powtarzalności z nimi. Patrząc na możliwości czasowe, dłuższy dzień- przetrzepałem klamoty leszczowe, micha żarcia zrobiona.

A to kłapacze )



Mormyszki do kłapania na dnie. Na leszcza i denne oksy.

Można im będzie błysnąć po ślepiach miedzianym lusterkiem na rewersie, albo drażnić błyskami na górnej powierzchni. Oczywiście to podajniki pęczków ochotek.

Waga od 1.5 do 2.4 g.