Lód zdatny- podobnie jak u Grześka.
Ale po kolei....
Zgodnie z planem pobudka o 6tej, spakowanie klamotów, ciuchy i minimalny zestaw sprzętowy- dwie wędeczki do drobnicy-- te z wczorajszego wątku i jedna większa do balansówek.
O ósmej dokulałem się, trochę ślisko po drodze, zmieniam buty, zakładam rynsztunek i w drogę.
Nie dało rady podjechać bliżej, trzeba zostawić auto przy szosie- drzewa leżą na dojazdowych dróżkach do wody. Lód okazał się wystarczająco wytrzymały, nic nie trzeszczało, realnie z 8cm miał. Z racji tego że monolit, bez śniegu, to wytrzymałość duża i bez większego stresu można było chodzić i próbować łowić.
Pierwsze serie dziur obławiałem balanasówką Rapali, potem mormyszki & co. Nie pomogły zmiany miejsca i przynęty, szukanie w resztkach drzew i blisko sterczącego z dna zielska- nic. Ryby nawet jak były, to wiały z daleka- prześwietlona woda to nie jest mój optymalny teren łowiecki.
W sumie zrobiłem i obłowiłem z 40 dziur, może ciut więcej. Nie doczekałem się żadnego brania, nie rozpaczałem zupełnie- pogoda rekreacyjna +1, słońce, słaby wiatr. Taka rekreacja wyszła.
Marek -lokals dołączył na pogaduchy, kawał chłopa, powyżej 120kg wagi, lód ani jęknął- no może raz ;)
Także koty zwiały za płoty- nie mam pretensji, nie oczekiwałem, nie zaskoczyło mnie nic tego poranka.
Aha- wędeczki spełniły założenia, łowi się nimi całkiem wygodnie.
Już przy samochodzie odbieram telefon od kolegi, który obrabiał lokalne błota i poza kilkoma palczakami to szczupaków się naoglądał- największe mogły mieć z 5kg w jego wersji- a to człek dość wiarygodny w tych sprawach. Uciekały spod nóg i jak sam stwierdził, była to lepsza frajda niż chodzenie za palczakami w paski.....
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Relacje-opowiadania.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Relacje-opowiadania.. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 2 grudnia 2018
piątek, 23 lutego 2018
Księżyc nad górami.
Byłem pod wieczór na górach, Piotr-kolega od karpi był z rana. Lipa, to tak najkrócej.
W po raz pierwszy nie było czemu zdjęcia zrobić. Bo rapalki nowe, to każdy może sobie zobaczyć w internetach......
Schodziłem z lodu krótko przed 18tą, po raz pierwszy w życiu lodowym tak długo siedziałem. Księżyc odprowadził mnie do samochodu. Dziwne uczucie. Sam pobyt był spoko, ale: jezioro jeszcze nie zamarzło całkowicie, 8-10cm na chwilę obecną jest, idzie wyż i to konkretny- ruch ciśnienia prasował lód, który jęczał niemiłosiernie. Nie dziwię się, że oksy miały zamknięte pyski. Nie pomagało czarowanie kolorami, zmienną pracą. Do bałdy żaden się nie pofatygował....
Skoro nie chcą w mrozy, trzeba czekać odwilży. Ma być kila dni z dwucyfrowymi temperaturami na minusie, lód bezśnieżny więc szybko utyje. By na odwilży powalczyć jak najdłużej.
A, i jeszcze jedno. Czas przestać oglądać ruskie filmy, bo człowiek się tylko kompleksów nabawi. Skoro ja miałem jeden udany wyjazd na kilkanaście, to tam statystyki są pewnie podobne, ale filmy wrzucają dziesiątkami i pojawia się złudzenie, że wszyscy łowią, tylko nie ja.
Nic na siłę, trzeba czekać lepszych warunków. Może jeszcze się coś wydarzy.
W po raz pierwszy nie było czemu zdjęcia zrobić. Bo rapalki nowe, to każdy może sobie zobaczyć w internetach......
Schodziłem z lodu krótko przed 18tą, po raz pierwszy w życiu lodowym tak długo siedziałem. Księżyc odprowadził mnie do samochodu. Dziwne uczucie. Sam pobyt był spoko, ale: jezioro jeszcze nie zamarzło całkowicie, 8-10cm na chwilę obecną jest, idzie wyż i to konkretny- ruch ciśnienia prasował lód, który jęczał niemiłosiernie. Nie dziwię się, że oksy miały zamknięte pyski. Nie pomagało czarowanie kolorami, zmienną pracą. Do bałdy żaden się nie pofatygował....
Skoro nie chcą w mrozy, trzeba czekać odwilży. Ma być kila dni z dwucyfrowymi temperaturami na minusie, lód bezśnieżny więc szybko utyje. By na odwilży powalczyć jak najdłużej.
A, i jeszcze jedno. Czas przestać oglądać ruskie filmy, bo człowiek się tylko kompleksów nabawi. Skoro ja miałem jeden udany wyjazd na kilkanaście, to tam statystyki są pewnie podobne, ale filmy wrzucają dziesiątkami i pojawia się złudzenie, że wszyscy łowią, tylko nie ja.
Nic na siłę, trzeba czekać lepszych warunków. Może jeszcze się coś wydarzy.
piątek, 16 lutego 2018
Panie, tu nima ryb??
Jeżeli twój dzień się zaczyna tak, znaczy nie będzie dobrze:
Wiercę i wiercę, szału nie ma. Trafiam na lepszą dziurę i wyjmuję kilku załogantów na sztuczną ochotkę, bo do żywej tylko taki drobiazg skakał.
Ciekawostką jest dorodny jazgarz. Nie widziałem dotąd takiego egzemplarza. Ładna ta rybka jest. Myślałem, że będzie ich więcej, już planowałem uchę gotować- niestety..
Ten okonek - podstawka miał ok. 22cm, jazgar nie był mały. Nie wiedziałem że ta rybka śmierci tak mocno.
A tu pozostali załoganci tej dziurki.
Wszystkie okonki nie mają brzuszków -wszystkie wzięły na agresywnie prowadzona mormyszkę ze sztuczną ochotką. Po raz kolejny sprawdza się teoria, że okonia można zmusić do brania- cho nie jest on głodny.
Woduję towarzystwo i ruszam dalej. W sumie z 40 dziur dokręciłem, złowiłem kilka palczaków. Wnerwiony poszedłem pogadać do dziadków- płotkarzy. Zadowolenie, obłowieni, jeden miał okonia "pół kilo ma"- "z bratem- bliźniakiem"- dodaję w myślach. Znajomy dziadek też przyszedł popatrzeć na okonia i stwierdził krótko, że prawdziwego okonia to miał ten pan ostatnio....- pokazując na mnie.
Namłócili mnóstwo tych połotek, jeden miał 5kg i już się zwijał, bo trzeba je obrobić, drugi siedział dalej, bo mu jeszcze mało.
Chyba na płotki ruszę.....nie, jednak nie. Rafała na mieście spotkałem, jutro jedziemy zrobić najgłupszą rzecz tej zimy.....Góry. Okonie. Przez duże O.
Mam nadzieję się odezwać jutro wieczorem ;)
poniedziałek, 12 lutego 2018
Sobota i poniedziałek.
Miało być super, wyszło tak sobie. Rybki były, ryba też.
W piątek dzwonię do Bartka, połowił : https://okoniowybartus.blogspot.com/2018/02/lutowa-dogrywka-na-lodzie.html#links
Dopytuję, czy mormychy wytrzymały, itp. Ciężko się nagadać, tyle rzeczy jest, którymi można się wymienić w wiedzy......
W sobotę mieliśmy z Rafałem sprawdzić dwie miejscówki, które wcześniej darzyły rybą - niestety, nie nas.
7.20 na lodzie, szału z grubością nie ma - może 8cm, może 7. Dodatkowo przez środek tafli ciemna wstęga- tam puściło do zera i znowu jest pierwszy lód....Cienki, niebezpieczny dość. Trzeba było się trzymać szarego lodu, tam nie puściło do końca i jest grubszy, choć i tak niezbyt.Sanek nie zabieram, nie chcę hałasować i płoszyć ryb. Mały plecak, sakwa przy pasie, azor jak zawsze wiernie idzie za nogą.....
Miejscówki okazały się puste. Rafał wydziergał na błystkę kilka maluchów, ja na rapalkę zaledwie jednego i kilka puknięć. Spadamy stamtąd.....Na lodzie wręcz tłoczno- jak na moje warunki. 11 chłopa biegających, tłukących lód i szukających swego szczęścia....Obrabiam miejscówkę, która podarowała mi największe okonie tej zimy, a tu lipton- same maluchy i do tego jeszcze często biorą płotki. No tak, szału nie będzie. Na nic zmiany biżuterii:rapalka, bałda, czort....Nawet zwykła mormycha z ochotką jest dziś cicha. Widzę wyjścia, pasy na echu szerokie - cóż z tego. Nie chcą i tyle.
Bokiem mija nas rowerzysta - bałbym się po takim śliskim lodzie....zęby można stracić. Rozkłada się dalej przy trzcinie. Dwie dziury, krzesełko- płotkarz.
Rafał się zwinął na inną część jeziora, mi nie chce się szukać już i wiercić- obrabiam dokładnie serię dziur równolegle do spadu na 4m. Usiłuję gonić ryby, znaczy jak coś się podniesie do balansówki a nie chce puknąć, zmieniam repertuar przynęt. Jestem za wolny! muszę mieć kolejna wędkę tak, by każda miała własną przynętę, szybkie zwinięcie i obrobienie dziury zanim odczyty się schowają poza wiązkę przetwornika.
Nie wiem, ale ta ochotka chyba jest nieteges, nie wiem czy to zemsta Rosjan, bo ona zza Uralu do Terespola ponoć trafiła, czy też po prostu ryba dziś jest tak wybredna, że na mięso też nie chce. Z drugiej strony mam spokój z drobnicą, zimno jest - kilka stopni mrozu. Zaczynam powrót do samochodu, to prawie kilometr, co jakiś czas wiercę i sprawdzam etiudą na trzy wędki, zaglądam przetwornikiem. Za dużo gratów, gubię gdzieś na lodzie moje chirurgiczne szczypce, może komuś posłużą.
Na samej plaży przed samochodem widzę sporą dziurę -zapuszczam pływak i robię zwiad rapalką. Są. Podnoszą się - te większe też. Czerwone pasy szerokości 1cm na wyświetlaczu to ryby, z którymi chętnie bym poprzeciągał żyłkę.Tylo że nie chcą brać. W końcu coś siedzi, mały. Zostawiam na lodzie, by nie przeszkadzał tam na dole. Kolejne branie- wreszcie jakaś sensowna ryba. chwila szamotania z pływakiem przetwornika, kij wysoko w górę, by nie dać jej luzu- wyjeżdża na lód solidne 30cm+Wypasione i waleczne. Dawaj kumpli!Są, ale czujni i nie chcą się przewietrzyć...No dobra, mięso. Łapię pierwszą lepszą mormychę, hak wydaje mi sie trochę krótki i grot nie jest otwarty - znaczy rozgięty minimalnie. I pewnie ten niuans kosztował mnie spinkę konkretnej ryby na bałałajce z mięsem. K...a, za szybko chciałem go mieć na górze, odwykłem od łowienia z ręki. No nic, trzeba dać odpocząć dziurze, przechodzę na sąsiednią. Ekran echa zasłonięty drobnicą, za chwile znika i wtedy zaczynam obrabiać dziurę mormyszka. Chwila obwąchiwania mięcha i kiwok gnie się, ten jest mniejszy, ale nie przedszkolak. Za chwile kolejna spinka. Zmieniam tę felerną mormyszkę na zieleń fluo. Wysyłam fotkę Rafałowi - zaraz dzwoni, bo sam cienko piszczy- drobiazg aż strach w ilościach hurtowych. W międzyczasie podchodzi do mnie starszy wędkarz, na oko sporo powyżej 70tki. Dziarsko maszeruje spory kawałek - też płotki łowił. Zobaczył okonia, chwile pogadaliśmy....
W głowie układam taktykę na następny raz- w poniedziałek będę. Czyli na początku wiercę dziury, idę w zupełnie inne miejsce i wracam tam jak się uspokoi i ryba znowu podejdzie po hałasowaniu. 3 wędki z kołowrotkami- bałda otrzymała własny kij, dropshota obrobi też
Poniedziałek
Ruszam jeszcze wcześniej, taktyka gotowa, zabieram reklamówkę - bo chciałbym, by jakiś okoń wpadł do mnie na kolację.....
Zgodnie z założeniami 12 dziur na plaży, nawet ich nie sprawdzam echem i wędruję na szczęśliwą miejscówkę. Tam zastaję rowerzystę, któremu podarowuję szczyptę ochotki.Ładne płotki ma. Klasyka czyli płatki owsiane w przeręblu i pinka na haku. Znowu zaczynam szukać - ryby sie wyniosły kompletnie. Znaczy może są, ale nie widać ich na ekranie. Nawierciłem się jak głupi dziś. Dobrze że lód cienki(no może nie do końca dobrze) Przez godzinę nie moglem nic złowić! Nawet dobrego brania nie było. Ale jaja! Znowu zaczynam powórt do samochodu i znowu obławiam co jakiś czas po drodzę dziury. Na ochotkę wydłubuje coś sensowniejszego, taki 20+ No ale tylko jeden...Do wody. Pół godziny później mam kolejnego, podobnego- zaczynam być zły że zwodowałem pierwszego, bo już były by dwa......Do wody.
Znowu nawiedził mnie starszy wędkarz -ten sam co w sobotę, popatrzył, pokiwał głową na echo i zaczął mnie przepytywać ile lat tu łowię, bo on od 50ciu. "No, złów pan jakiegoś konia- nawet takiego jak w sobotę "......:) Zaprasza jesienią- pokazuje miejsce na spore płocie. I tam właśnie te konie to ganiają wierzchem, aż pryska.
Kto wie? Może kiedyś?
Po drodze odmeldowuje się Rafałowi, poszedł sam na bagna, chwycił takiego paska na pół kilo, ze dwa mu uciekły(znaczy nie przeszły przez dziurkę od pierzchni) i do tego szczupaczek odciął mu błystkę.
Mam zamiar dzisiaj jeszcze pojechać na zwiady, bo jest fajne duże jezioro, płytkie - czyli lód grubszy będzie, ale za bardzo nie znam dojazdu przez las. Z opresji ratuje mnie Wioletta, która zna okolice, okazuje się że nie da się wejść-puszczone od brzegów- w zasadzie nie zamarzło porządnie. Jutro z rańca atakuje znowu to samo co dziś rano, pogoda ma się zmienić, był skok ciśnienia i może dlatego okonie nie współpracowały.
Żadnych taktyk, oczekiwań, co będzie, to bedzie. Jeżeli pogoda się nie zmieni zostały trzy dni lowienia na tej wodzie, później to już małe grajdołki będą osiągalne. Nic więcej. Także trzeba się spiąć.
Do usłyszenia.
W piątek dzwonię do Bartka, połowił : https://okoniowybartus.blogspot.com/2018/02/lutowa-dogrywka-na-lodzie.html#links
Dopytuję, czy mormychy wytrzymały, itp. Ciężko się nagadać, tyle rzeczy jest, którymi można się wymienić w wiedzy......
W sobotę mieliśmy z Rafałem sprawdzić dwie miejscówki, które wcześniej darzyły rybą - niestety, nie nas.
7.20 na lodzie, szału z grubością nie ma - może 8cm, może 7. Dodatkowo przez środek tafli ciemna wstęga- tam puściło do zera i znowu jest pierwszy lód....Cienki, niebezpieczny dość. Trzeba było się trzymać szarego lodu, tam nie puściło do końca i jest grubszy, choć i tak niezbyt.Sanek nie zabieram, nie chcę hałasować i płoszyć ryb. Mały plecak, sakwa przy pasie, azor jak zawsze wiernie idzie za nogą.....
Miejscówki okazały się puste. Rafał wydziergał na błystkę kilka maluchów, ja na rapalkę zaledwie jednego i kilka puknięć. Spadamy stamtąd.....Na lodzie wręcz tłoczno- jak na moje warunki. 11 chłopa biegających, tłukących lód i szukających swego szczęścia....Obrabiam miejscówkę, która podarowała mi największe okonie tej zimy, a tu lipton- same maluchy i do tego jeszcze często biorą płotki. No tak, szału nie będzie. Na nic zmiany biżuterii:rapalka, bałda, czort....Nawet zwykła mormycha z ochotką jest dziś cicha. Widzę wyjścia, pasy na echu szerokie - cóż z tego. Nie chcą i tyle.
Bokiem mija nas rowerzysta - bałbym się po takim śliskim lodzie....zęby można stracić. Rozkłada się dalej przy trzcinie. Dwie dziury, krzesełko- płotkarz.
Rafał się zwinął na inną część jeziora, mi nie chce się szukać już i wiercić- obrabiam dokładnie serię dziur równolegle do spadu na 4m. Usiłuję gonić ryby, znaczy jak coś się podniesie do balansówki a nie chce puknąć, zmieniam repertuar przynęt. Jestem za wolny! muszę mieć kolejna wędkę tak, by każda miała własną przynętę, szybkie zwinięcie i obrobienie dziury zanim odczyty się schowają poza wiązkę przetwornika.
Nie wiem, ale ta ochotka chyba jest nieteges, nie wiem czy to zemsta Rosjan, bo ona zza Uralu do Terespola ponoć trafiła, czy też po prostu ryba dziś jest tak wybredna, że na mięso też nie chce. Z drugiej strony mam spokój z drobnicą, zimno jest - kilka stopni mrozu. Zaczynam powrót do samochodu, to prawie kilometr, co jakiś czas wiercę i sprawdzam etiudą na trzy wędki, zaglądam przetwornikiem. Za dużo gratów, gubię gdzieś na lodzie moje chirurgiczne szczypce, może komuś posłużą.
Na samej plaży przed samochodem widzę sporą dziurę -zapuszczam pływak i robię zwiad rapalką. Są. Podnoszą się - te większe też. Czerwone pasy szerokości 1cm na wyświetlaczu to ryby, z którymi chętnie bym poprzeciągał żyłkę.Tylo że nie chcą brać. W końcu coś siedzi, mały. Zostawiam na lodzie, by nie przeszkadzał tam na dole. Kolejne branie- wreszcie jakaś sensowna ryba. chwila szamotania z pływakiem przetwornika, kij wysoko w górę, by nie dać jej luzu- wyjeżdża na lód solidne 30cm+Wypasione i waleczne. Dawaj kumpli!Są, ale czujni i nie chcą się przewietrzyć...No dobra, mięso. Łapię pierwszą lepszą mormychę, hak wydaje mi sie trochę krótki i grot nie jest otwarty - znaczy rozgięty minimalnie. I pewnie ten niuans kosztował mnie spinkę konkretnej ryby na bałałajce z mięsem. K...a, za szybko chciałem go mieć na górze, odwykłem od łowienia z ręki. No nic, trzeba dać odpocząć dziurze, przechodzę na sąsiednią. Ekran echa zasłonięty drobnicą, za chwile znika i wtedy zaczynam obrabiać dziurę mormyszka. Chwila obwąchiwania mięcha i kiwok gnie się, ten jest mniejszy, ale nie przedszkolak. Za chwile kolejna spinka. Zmieniam tę felerną mormyszkę na zieleń fluo. Wysyłam fotkę Rafałowi - zaraz dzwoni, bo sam cienko piszczy- drobiazg aż strach w ilościach hurtowych. W międzyczasie podchodzi do mnie starszy wędkarz, na oko sporo powyżej 70tki. Dziarsko maszeruje spory kawałek - też płotki łowił. Zobaczył okonia, chwile pogadaliśmy....
W głowie układam taktykę na następny raz- w poniedziałek będę. Czyli na początku wiercę dziury, idę w zupełnie inne miejsce i wracam tam jak się uspokoi i ryba znowu podejdzie po hałasowaniu. 3 wędki z kołowrotkami- bałda otrzymała własny kij, dropshota obrobi też
![]() |
| Maluch ma płaski brzuch -więc samczyk. |
Poniedziałek
Ruszam jeszcze wcześniej, taktyka gotowa, zabieram reklamówkę - bo chciałbym, by jakiś okoń wpadł do mnie na kolację.....
Zgodnie z założeniami 12 dziur na plaży, nawet ich nie sprawdzam echem i wędruję na szczęśliwą miejscówkę. Tam zastaję rowerzystę, któremu podarowuję szczyptę ochotki.Ładne płotki ma. Klasyka czyli płatki owsiane w przeręblu i pinka na haku. Znowu zaczynam szukać - ryby sie wyniosły kompletnie. Znaczy może są, ale nie widać ich na ekranie. Nawierciłem się jak głupi dziś. Dobrze że lód cienki(no może nie do końca dobrze) Przez godzinę nie moglem nic złowić! Nawet dobrego brania nie było. Ale jaja! Znowu zaczynam powórt do samochodu i znowu obławiam co jakiś czas po drodzę dziury. Na ochotkę wydłubuje coś sensowniejszego, taki 20+ No ale tylko jeden...Do wody. Pół godziny później mam kolejnego, podobnego- zaczynam być zły że zwodowałem pierwszego, bo już były by dwa......Do wody.
Znowu nawiedził mnie starszy wędkarz -ten sam co w sobotę, popatrzył, pokiwał głową na echo i zaczął mnie przepytywać ile lat tu łowię, bo on od 50ciu. "No, złów pan jakiegoś konia- nawet takiego jak w sobotę "......:) Zaprasza jesienią- pokazuje miejsce na spore płocie. I tam właśnie te konie to ganiają wierzchem, aż pryska.
Kto wie? Może kiedyś?
Po drodze odmeldowuje się Rafałowi, poszedł sam na bagna, chwycił takiego paska na pół kilo, ze dwa mu uciekły(znaczy nie przeszły przez dziurkę od pierzchni) i do tego szczupaczek odciął mu błystkę.
Mam zamiar dzisiaj jeszcze pojechać na zwiady, bo jest fajne duże jezioro, płytkie - czyli lód grubszy będzie, ale za bardzo nie znam dojazdu przez las. Z opresji ratuje mnie Wioletta, która zna okolice, okazuje się że nie da się wejść-puszczone od brzegów- w zasadzie nie zamarzło porządnie. Jutro z rańca atakuje znowu to samo co dziś rano, pogoda ma się zmienić, był skok ciśnienia i może dlatego okonie nie współpracowały.
Żadnych taktyk, oczekiwań, co będzie, to bedzie. Jeżeli pogoda się nie zmieni zostały trzy dni lowienia na tej wodzie, później to już małe grajdołki będą osiągalne. Nic więcej. Także trzeba się spiąć.
Do usłyszenia.
Ferie czas zacząć......
Byłem w sobotę, okoni brakowało w typowej miejscówce, znalazłem je drodze powrotnej do domu. Znaczy jednego 30+ i kilka mniejszych. Wieczorem zdam szczegółową relacje.
Flasher bardzo pomaga, można planować taktykę konkretną. Za chwilę startuje - plan jest taki, by nawiercić dziur jeszcze za ciemnego i potem ich pilnować. Ryby są bardzo mobilne, grasują wielkie stada drobnicy, ale jak ekran echa oczyści się z tergo syfu, to pojawiają się "pasterze" i jest szansa coś wyholować. Kluczem do sukcesu jest szybkość działania -widzę odczyt, zapuszczam przynętę i zaczyna się wojna nerwów- na ogół przegrywana.......ciężko jest skusić te sensownej wielkości ryby.
Poza tym chcę objechać okoliczne wody różnego rodzaju, sprawdzić grubość lodu i jeździć jak najczęściej będzie to możliwe. Także plany są. Zobaczymy co z nich wyjdzie....
Stay toon...
Flasher bardzo pomaga, można planować taktykę konkretną. Za chwilę startuje - plan jest taki, by nawiercić dziur jeszcze za ciemnego i potem ich pilnować. Ryby są bardzo mobilne, grasują wielkie stada drobnicy, ale jak ekran echa oczyści się z tergo syfu, to pojawiają się "pasterze" i jest szansa coś wyholować. Kluczem do sukcesu jest szybkość działania -widzę odczyt, zapuszczam przynętę i zaczyna się wojna nerwów- na ogół przegrywana.......ciężko jest skusić te sensownej wielkości ryby.
Poza tym chcę objechać okoliczne wody różnego rodzaju, sprawdzić grubość lodu i jeździć jak najczęściej będzie to możliwe. Także plany są. Zobaczymy co z nich wyjdzie....
Stay toon...
niedziela, 4 lutego 2018
Koledzy, uważajcie na siebie.
Dawno nie zaglądałem, życie się ostatnio trochę skomplikowało.....idzie ku lepszemu i to jest najważniejsze.
Ponoć ma być zimowa dogrywka, o czym pisałem że będzie w lutym. U mnie jest lód-nie lód - czyli widzisz go, nie wejdziesz....W zasadzie to zacząłem spina szykować z paprochami, trokami etc, ale fala mrozików pokrzyżuje mi plany pewnie, na lód też nie da się wejść.
Zazdroszczę trochę Mazurom, Suwałkom- zimniej tam będzie. Czy jednak warto narażać się? Każdy niech odpowie sobie sam.
Pilnujcie się, jeżeli na lodzie, to w kombinezonie pływającym, kolcami, etc. Za tydzień będę miał ferie. Sam jestem ciekaw, czy da się gdzieś wejść.
Do usłyszenia, nie wiem kiedy.
A tutaj materiał od Białorusinów, pokazujący ja zachowują się okonie, gdy sanki szurają nad głową.
Zastanawiam się tylko jak to jest na większej głębinie. W każdym razie tej zimy starałem się zostawiać sanki z dala od okoniowych dziur. Jak widać słuszniej.
Poza tym, aby wysnuć wnioski natury generalnej, wolałbym sprawdzić różne wody, głębokości i różny lód( w sensie powłoki na nim)
Ponoć ma być zimowa dogrywka, o czym pisałem że będzie w lutym. U mnie jest lód-nie lód - czyli widzisz go, nie wejdziesz....W zasadzie to zacząłem spina szykować z paprochami, trokami etc, ale fala mrozików pokrzyżuje mi plany pewnie, na lód też nie da się wejść.
Zazdroszczę trochę Mazurom, Suwałkom- zimniej tam będzie. Czy jednak warto narażać się? Każdy niech odpowie sobie sam.
Pilnujcie się, jeżeli na lodzie, to w kombinezonie pływającym, kolcami, etc. Za tydzień będę miał ferie. Sam jestem ciekaw, czy da się gdzieś wejść.
Do usłyszenia, nie wiem kiedy.
A tutaj materiał od Białorusinów, pokazujący ja zachowują się okonie, gdy sanki szurają nad głową.
Poza tym, aby wysnuć wnioski natury generalnej, wolałbym sprawdzić różne wody, głębokości i różny lód( w sensie powłoki na nim)
niedziela, 21 stycznia 2018
Otwarcie sezonu??
Wczoraj byłem rozeznać się co z lodem, jaka grubość no i czy będę mógł wejść na wodę, na której poprzedniej zimy połowiono niezłe ryby. Dzisiaj postawiłem wszystko na jedną kartę i zameldowałem się na niezamarzniętej części jednego z większych jezior u mnie. I trzeba było jechać tam wczoraj. Ale po kolei.
W piątek wieczorem wyciągnąłem klamoty, przygotowałem trzy wędeczki bezmotylkowe - szpulkę, bałałajkę i moją piankową niebałałajkę, którą zrobiłem zeszłej zimy. Założenie tego sezonu było takie, że minimum grzebania w klamotach, maksimum łowienia. Z lodem może być krucho, więc trzeba wykorzystać każdą możliwość do łowienia.....Przynęty to małe bezmotylki i różne wynalazki, które miały mi dać upragnioną rybę. Mormyszek nalutowałem w piątek. Dekoracje tym razem nietypowe, bo koralik na łańcuszku. Trochę z tym roboty jest, ale tego tamtejsze okonie nie widziały. Poza tym liczę, że wymiana wody na młynówce nagoniła doń świeżych okoni, które nie widziały na swe rybie oczy moich błyskotek.
Wiadomo, że będę na lodzie sam, Marek się połamał, a był to lokals najlepiej obeznany z wodą lodem. Nie boję się, tam zawasze zamarza na początku zimy. Idealne warunki, by sprawdzić sprzęt przed poważniejszymi rybami......
W sobotę wstaję pred 6-tą, muszę jeszcze znaleźć rękawiczki, kolce lodowe, ściągnąć azora ze stryszku.... Nie jest to oczywiste, bo dopiero8 mego stycznia zakończyłem remont powichurowy i sporo klamotów się tłucze w miejscach zazwyczaj moich...
Rano trzeba odśnieżyć samochód, nie chciało mi sie go chować, dodatkowa robota zatem. Gratów minimum - dwie rękawiczki, każda inna - wiadomo po co, sakwa na pasie w niej trzy wędeczki, kolce i pudełko z mormyszkami. startuję o 7.20, nie jest daleko. Nie trzeba wcześnie - znam tę wodę jak własną kieszeń.
Wichura sierpniowa przeczołgała także tę miejscowość. Drzewa leżą, pałac- lokal socjalny ogrodzony siatką leśną, przeznaczony pewnie do rozbiórki. Nie mam dojścia do wody jak przed laty, trzeba grzać z buta o wiele dalej. Gramolę się na lód, coś zatrzeszczało, ale nie ma strachu. Kontrolny odwiert pokazuje 8-10cm lodu pod breją ze stopionego śniegu. 7 obrotów świdra i jestem na drugiej stronie. Pierwsza seria dziur na wyjściu z zatoki( 60 cm lodu przed laty) jadę na trzy wędki, znaczy każdą dziurę obrabiam inną przynętą pod względem koloru, pracy i wielkości. Cisza jest. W sumie zdziwiłbym się, to II połowa stycznia, tutaj "zawsze" o tej porze były problemy z braniami. Pół godziny za mną ,bez brania. Trzeba zacząć kombinować z prowadzeniem wynalazków. W garści żółta szpulka, gram dość szybko gapię się po bokach - nie trzeba patrzeć na kiwok, jakby co, ryba będzie chciała zabrać mi wędkę.Trach! Siedzi! Jest otwarcie sezonu, może małe ale dziarskie i ładnie wybarwione.....
Rozmiar w tym
wypadku nie ma znaczenia ;) Wietrzę go na śniegu trochę, sprawdzam dziurę kolejnymi przynętami - cisza niestety. Ryba do wody i jadę dalej z grafikiem dziur. Obrabiam kolejne 6, i jeszcze jeden pas- nic. Coś jest nie tak. Zmieniam miejsce, środek akwenu, kiedyś brały tu przedszkolaki, zazwyczaj tłumnie. Tym razem cisza.
Kolejna seria dziur na pusto i moja wiara w tę wodę zaczyna się chwiać. Wysyłam fotkę Gagackowi, ciekawym co on zdziałał u siebie.
Nic, trzeba się zwijać ,ale nie do domu , tylko na zwiady. Muszę sprawdzić dwie wody, jedna jest skłusowana ale celem nr 1 jest szczupak, może jakieś ciekawsze paski będą osiągalne. Woda jest w głębokiej dolinie, bardzo strome brzegi. Od ub. roku jest niedaleko parking leśny, odpada problem logistyczny. Przebieram buty, ładuję graty do samochodu. K....a, znowu coś zgubiłem. Nie świder, ale ulubioną wędeczkę. Do ręki była, nie chce mi się pół km w tym śniegu po nią wracać...
Chwila jazdy i jestem na parkingu. Zaczynam szukać zejścia do wody. Śniegu dużo, brzegi strome. Chwila nieuwagi i jadę na tyłku prosto do jeziora. Z 15m było. Nogi zatrzymały się w wodzie- niestety. Nie da się wejść. Dobrze, że portki wzmocnione na siedzeniu......15minut później jadę na kolejną wodę. Płytka jest, mulista i są tam fajne okonie. Trochę tłuczenia polnymi drogami, na szczęście są odśnieżone. Zaczyna padać. Duże płaty sypią się. Ładne są - sięgam po telefon. Ciekawe, czy będą widoczne na fotce. Dojeżdżam na miejsce, mijam kolejne pomosty - lód dziewiczy. Dobrze to i źle. Ciekawe, czy da się wejść? Objazd jeziorka kończy się, trzeba zawrócić ale nie ma jak! No nic trochę ryzykownie ładuję się w zapchane śniegiem pobocze, załączam drugą oś napędu i zobaczymy co mój sedici jest warty w śniegu. Obyło się bez sensacji, bezproblemowy wyjazd ze śniegu. Test zaliczony. Po nawrocie włażę na pomost
świder zostawiłem, skręciłem pierzchnię i jedziem z tym koksem. Nie przebijam się pierwszym ciosem, za drugim woda już jest. Czyli się da. Zaczynam złazić z tego pomostu, na szczęście było się czego chwycić. Nie dałem nawet kroka. Przybrzeżne bagno nie daje mocnego lodu, nie powalczę tutaj. No nic, czas do domu. Dzwonię do kolegi, który raczy mnie opowieścią o wtorkowych okoniach przez duże O, wydłubanych z trzciny we wtorek. Wstępnie umawiamy się na jutro. Wiem, gdzie pojadę. Głupie to trochę, bo jezioro nie jest zamknięte lodem, ale jest bezpieczne 8-10cm lodu i są ryby.
W domu szybkie rozpakowanie i wysuszenie klamotów. Założenia sprzętowe na jutro ulegają zmianie: jedna wędka do łowienia na chodzonego+ balansówki i bałdy do opukiwania dna oraz druga z kołowrotkiem do łowienia na wszelkiej maści robactwo. Wiążę czarnego czorta od GaGacka. Pokazał mi jak tym łowić ubiegłej zimy. Brania były, więc technika sprawdzona.
Potrzebne będą sanki- zamierzam zabrać flashera. Na rano zostawiam przewiązanie bałd. Małe korpusy. Mam świeżo nałożone ochotki berkleya na haki. Do tego rapalki sprawdzone przez ostatnie sezony na różnych wodach.
Niedziela
Szybkie śniadanie, znikam w kotłowni, przewiązanie bałd, zrobienie mocowania do kiwoka silikatowego, załadowanie echa i sanek do samochodu. Na miejscu jestem chwila przed 8-mą. Zaparkowane samochody pokazują, że i tak za późno.....Nic to. Na lodzie 6 chłopa, w dwóch grupach. Straszny hałas robią sanki na brei.Zaczynam żałować, że je zabrałem. No nic, jakoś to będzie.
Seria dziur, echo nie daje żadnych odczytów. Szukam dalej. Jedna grupka wędkujących siedzi w powszechnie znanym miejscu na tej wodzie- sprawdzonym, twardym wypłyceniu. Flankuję ich dwiema seriami dziur. Puknięcia w rapalkę - zardzewiałem i nie mogę się wstrzelić z zacięciem. Zamieniam przynętę na małą bałdę. Siada pierwszy wymiarek. Nie przyzeruję dziś...
Powstaje taktyka - robię zamieszanie czymkolwiek, zakładam bałdę, która ma latające haczyki i powinna sprowokować rybę.
Moi towarzysze zmieniają miejsca jak rękawiczki, podchodzę bliżej i rozsiadam się przy dużej pierzchniowej dziurze. Przetwornik do wody, coś widać przy dnie. Nie jest duże. Skoro tak , zapodam czorta GaGacka. Żyłka dość gruba, wolno opada. Kiwok też nie ten co trzeba..... Za to widzę, jak z dna startuje do niego spora ryba. Jedno wyjście, drugie, pół metra nad dnem strzał i siedzi. Jest nieźle- rozkręcony hamulec mruczy piękną muzykę. Dawaj bracie do góry....Co ciekawe echo pokazuje, że ryba ma kumpli i to bardzo ciekawych rozmiarów sądząc po odczytach.....
Jest. Dobre 30cm na lodzie, zapięty za kraj pyska. Ląduje w kałuży- nie ma mrozu i nie mam żadnych wyrzutów sumienia, że trochę poczeka na powrót do wody....
Stado ryb opada na dno, wrzucam bałdę i zaczyna się magia po kilku podbiciach. "Coś" podbija mi kiwok i zaczyna się jazda na całego. Żyłka gruba, kij trochę sztywny, żebym cię tylko nie stracił.... Jest. Gruby dzikus sporo powyżej 30cm, na mój rozstaw paluchów to 20+15 z tolerancją do 1cm. Czyli magiczna 4 z przodu jeszcze nie tym razem.. Robię im fotkę, fajne są.
Wracam do czorta, od czasu do czasu coś wychodzi do niego, ale nie ten rozmiar co podskakujący w kałuży towarzysze... Chwilę później wracam do bałdy. I znowu siedzi coś pięknego. Kij wygięty, kołowrotek warczy na całego. Ryba odjeżdża daleko na bok. Dobrze, bo nie wypłoszy innych załogantów tej miejscówki. Widzę ją pod lodem. Jakaś dziwna pozycja w wodzie- za kapotę się zapieła, konkretnie za płetwę odbytową. Dla tego miała takiego spida i moc. No nic, nie będę wybrzydzał, jest większy od poprzednika, taki na 37-38cm. . W zasadzie mógłbym już kończyć, te 10minut dało mi więcej niż cała ubiegłoroczna zima. Nie wiem, czy to magia bałdy, czy zwykłe szczęście, ale najważniejsze że są konkretne ryby.
Ostatnia fotka - będzie moją tapetą w telefonie:
Wodowanie bez problemów, wzięły z 3,5metra. Idę na kolejną pożyczoną dziurę. Jak wcześniej sprawdzam ją czortem - jest wyjście! Siedzi. Ładny, ale bez sensacji. Zdrowy, wybiegany 30tak z małym plusem. I to jest koniec sensownych ryb dzisiaj, przerzucam kilka szt. drobnicy, wyjścia są rzadkie i bardzo szybko te większe opadają na dno. Echo ich nie pokazuje.....Nie pomagają zmiany przynęt. To już koniec na dzisiaj. Mam co chciałem, fotka jest i wspomnienia pozostały. Najważniejsze, zrozumiałem jak łowić bałdą. To temat na kolejny wpis będzie.
Człapiąc w brei do samochodu zdaję relację GaGackowi.
Także sezon otwarty z przytupem, zwłaszcza dzisiaj. Niestety, nie wiem, czy będę mógł jechać we wtorek na II okoniową zmianę tutaj. Niby mają być mrozy, ale jest tyle wody na lodzie, że to i tak nie pomoże. Obawiam się jednego. To może być na tej wodzie moje otwarcie i zamknięcie sezonu.......Nie będę nadstawiał głowy nawet dla tak zacnych ryb. Luty ma być rekordowo ciepły.
W następnym wpisie o bałdzie będzie i o wrażeniach z tytanowego świdra.
![]() |
| Małe mormyszki na małą wodę.... |
Wiadomo, że będę na lodzie sam, Marek się połamał, a był to lokals najlepiej obeznany z wodą lodem. Nie boję się, tam zawasze zamarza na początku zimy. Idealne warunki, by sprawdzić sprzęt przed poważniejszymi rybami......
W sobotę wstaję pred 6-tą, muszę jeszcze znaleźć rękawiczki, kolce lodowe, ściągnąć azora ze stryszku.... Nie jest to oczywiste, bo dopiero8 mego stycznia zakończyłem remont powichurowy i sporo klamotów się tłucze w miejscach zazwyczaj moich...
Rano trzeba odśnieżyć samochód, nie chciało mi sie go chować, dodatkowa robota zatem. Gratów minimum - dwie rękawiczki, każda inna - wiadomo po co, sakwa na pasie w niej trzy wędeczki, kolce i pudełko z mormyszkami. startuję o 7.20, nie jest daleko. Nie trzeba wcześnie - znam tę wodę jak własną kieszeń.
![]() |
| Takich widoków jest sporo w okolicy..... |
Rozmiar w tym
![]() |
| Szczęśliwa błyskotka. |
Kolejna seria dziur na pusto i moja wiara w tę wodę zaczyna się chwiać. Wysyłam fotkę Gagackowi, ciekawym co on zdziałał u siebie.
Nic, trzeba się zwijać ,ale nie do domu , tylko na zwiady. Muszę sprawdzić dwie wody, jedna jest skłusowana ale celem nr 1 jest szczupak, może jakieś ciekawsze paski będą osiągalne. Woda jest w głębokiej dolinie, bardzo strome brzegi. Od ub. roku jest niedaleko parking leśny, odpada problem logistyczny. Przebieram buty, ładuję graty do samochodu. K....a, znowu coś zgubiłem. Nie świder, ale ulubioną wędeczkę. Do ręki była, nie chce mi się pół km w tym śniegu po nią wracać...
Chwila jazdy i jestem na parkingu. Zaczynam szukać zejścia do wody. Śniegu dużo, brzegi strome. Chwila nieuwagi i jadę na tyłku prosto do jeziora. Z 15m było. Nogi zatrzymały się w wodzie- niestety. Nie da się wejść. Dobrze, że portki wzmocnione na siedzeniu......15minut później jadę na kolejną wodę. Płytka jest, mulista i są tam fajne okonie. Trochę tłuczenia polnymi drogami, na szczęście są odśnieżone. Zaczyna padać. Duże płaty sypią się. Ładne są - sięgam po telefon. Ciekawe, czy będą widoczne na fotce. Dojeżdżam na miejsce, mijam kolejne pomosty - lód dziewiczy. Dobrze to i źle. Ciekawe, czy da się wejść? Objazd jeziorka kończy się, trzeba zawrócić ale nie ma jak! No nic trochę ryzykownie ładuję się w zapchane śniegiem pobocze, załączam drugą oś napędu i zobaczymy co mój sedici jest warty w śniegu. Obyło się bez sensacji, bezproblemowy wyjazd ze śniegu. Test zaliczony. Po nawrocie włażę na pomost
świder zostawiłem, skręciłem pierzchnię i jedziem z tym koksem. Nie przebijam się pierwszym ciosem, za drugim woda już jest. Czyli się da. Zaczynam złazić z tego pomostu, na szczęście było się czego chwycić. Nie dałem nawet kroka. Przybrzeżne bagno nie daje mocnego lodu, nie powalczę tutaj. No nic, czas do domu. Dzwonię do kolegi, który raczy mnie opowieścią o wtorkowych okoniach przez duże O, wydłubanych z trzciny we wtorek. Wstępnie umawiamy się na jutro. Wiem, gdzie pojadę. Głupie to trochę, bo jezioro nie jest zamknięte lodem, ale jest bezpieczne 8-10cm lodu i są ryby.
W domu szybkie rozpakowanie i wysuszenie klamotów. Założenia sprzętowe na jutro ulegają zmianie: jedna wędka do łowienia na chodzonego+ balansówki i bałdy do opukiwania dna oraz druga z kołowrotkiem do łowienia na wszelkiej maści robactwo. Wiążę czarnego czorta od GaGacka. Pokazał mi jak tym łowić ubiegłej zimy. Brania były, więc technika sprawdzona.
Potrzebne będą sanki- zamierzam zabrać flashera. Na rano zostawiam przewiązanie bałd. Małe korpusy. Mam świeżo nałożone ochotki berkleya na haki. Do tego rapalki sprawdzone przez ostatnie sezony na różnych wodach.
Niedziela
Szybkie śniadanie, znikam w kotłowni, przewiązanie bałd, zrobienie mocowania do kiwoka silikatowego, załadowanie echa i sanek do samochodu. Na miejscu jestem chwila przed 8-mą. Zaparkowane samochody pokazują, że i tak za późno.....Nic to. Na lodzie 6 chłopa, w dwóch grupach. Straszny hałas robią sanki na brei.Zaczynam żałować, że je zabrałem. No nic, jakoś to będzie.
Seria dziur, echo nie daje żadnych odczytów. Szukam dalej. Jedna grupka wędkujących siedzi w powszechnie znanym miejscu na tej wodzie- sprawdzonym, twardym wypłyceniu. Flankuję ich dwiema seriami dziur. Puknięcia w rapalkę - zardzewiałem i nie mogę się wstrzelić z zacięciem. Zamieniam przynętę na małą bałdę. Siada pierwszy wymiarek. Nie przyzeruję dziś...
Powstaje taktyka - robię zamieszanie czymkolwiek, zakładam bałdę, która ma latające haczyki i powinna sprowokować rybę.
Moi towarzysze zmieniają miejsca jak rękawiczki, podchodzę bliżej i rozsiadam się przy dużej pierzchniowej dziurze. Przetwornik do wody, coś widać przy dnie. Nie jest duże. Skoro tak , zapodam czorta GaGacka. Żyłka dość gruba, wolno opada. Kiwok też nie ten co trzeba..... Za to widzę, jak z dna startuje do niego spora ryba. Jedno wyjście, drugie, pół metra nad dnem strzał i siedzi. Jest nieźle- rozkręcony hamulec mruczy piękną muzykę. Dawaj bracie do góry....Co ciekawe echo pokazuje, że ryba ma kumpli i to bardzo ciekawych rozmiarów sądząc po odczytach.....
Jest. Dobre 30cm na lodzie, zapięty za kraj pyska. Ląduje w kałuży- nie ma mrozu i nie mam żadnych wyrzutów sumienia, że trochę poczeka na powrót do wody....
Stado ryb opada na dno, wrzucam bałdę i zaczyna się magia po kilku podbiciach. "Coś" podbija mi kiwok i zaczyna się jazda na całego. Żyłka gruba, kij trochę sztywny, żebym cię tylko nie stracił.... Jest. Gruby dzikus sporo powyżej 30cm, na mój rozstaw paluchów to 20+15 z tolerancją do 1cm. Czyli magiczna 4 z przodu jeszcze nie tym razem.. Robię im fotkę, fajne są.
Wracam do czorta, od czasu do czasu coś wychodzi do niego, ale nie ten rozmiar co podskakujący w kałuży towarzysze... Chwilę później wracam do bałdy. I znowu siedzi coś pięknego. Kij wygięty, kołowrotek warczy na całego. Ryba odjeżdża daleko na bok. Dobrze, bo nie wypłoszy innych załogantów tej miejscówki. Widzę ją pod lodem. Jakaś dziwna pozycja w wodzie- za kapotę się zapieła, konkretnie za płetwę odbytową. Dla tego miała takiego spida i moc. No nic, nie będę wybrzydzał, jest większy od poprzednika, taki na 37-38cm. . W zasadzie mógłbym już kończyć, te 10minut dało mi więcej niż cała ubiegłoroczna zima. Nie wiem, czy to magia bałdy, czy zwykłe szczęście, ale najważniejsze że są konkretne ryby.
Ostatnia fotka - będzie moją tapetą w telefonie:
Wodowanie bez problemów, wzięły z 3,5metra. Idę na kolejną pożyczoną dziurę. Jak wcześniej sprawdzam ją czortem - jest wyjście! Siedzi. Ładny, ale bez sensacji. Zdrowy, wybiegany 30tak z małym plusem. I to jest koniec sensownych ryb dzisiaj, przerzucam kilka szt. drobnicy, wyjścia są rzadkie i bardzo szybko te większe opadają na dno. Echo ich nie pokazuje.....Nie pomagają zmiany przynęt. To już koniec na dzisiaj. Mam co chciałem, fotka jest i wspomnienia pozostały. Najważniejsze, zrozumiałem jak łowić bałdą. To temat na kolejny wpis będzie.
Człapiąc w brei do samochodu zdaję relację GaGackowi.
Także sezon otwarty z przytupem, zwłaszcza dzisiaj. Niestety, nie wiem, czy będę mógł jechać we wtorek na II okoniową zmianę tutaj. Niby mają być mrozy, ale jest tyle wody na lodzie, że to i tak nie pomoże. Obawiam się jednego. To może być na tej wodzie moje otwarcie i zamknięcie sezonu.......Nie będę nadstawiał głowy nawet dla tak zacnych ryb. Luty ma być rekordowo ciepły.
W następnym wpisie o bałdzie będzie i o wrażeniach z tytanowego świdra.
czwartek, 4 stycznia 2018
Podlodowe opowieści II "Panie, na co pan lowisz??!"
Brały wtedy. Oj brały. Przerwa świąteczno- noworoczna w kalendarzu nauczycielskim ad 2010r.
Miejsce jak ostatnio - Olszewka.
Byłem już wprawiony w tematy bezmotylkowe, bałałajki naaaajlepsze z najlepszych czyli marmish z Kanady, żyłka 0,10 i własne wypusty wolframek z dekoracją.
Wtedy ta woda była na tyle pewna okoniowo, że nie "czy" tylko "kiedy" znajdzie się stadko gotowych do współpracy pasiaków. Wyjazd pamiętam dobrze, bo czas zetknął mnie i sąsiada na lodzie z największym filozofami znawcami, łowcami, sprzedawcami ryb jakich znają moje okolice. Każdy obładowany wędkami, lodówami turystycznymi jako siedziskami...szpan i szyk.
Chodzą, szukają. Tyle , że coraz bardziej zbliżają się do mnie. To ta sama zatoka od 60cm lodu, ale wtedy było go ok. 30cm. Okonie były. Nic szczególnego, ot rozmiar konsumpcyjny, czasami jaki większy bonusik.
Panowie podchodzą, pytają podglądają. Standardowa procedura w takim wypadku wygląda tak, że zostawia się przy sobie jakiegoś mini- pasiaka na lodzie, a te właściwe szybko chowa do torby przy pasie. Nikt nic.....
Pan F. zamiast dzień dobry częstuje mnie wywodami na temat błystek, diabełków i tego jak powinno się nimi posługiwać. Klasyczny przykład "wędkarza teoretycznego". Wredny typ. Kiedyś przegnał mnie z parkingu pod swym blokiem, choć mnóstwo innych miejsc było wolnych. Dla zasady. Spoko, po mieczu mam geny małopolsko-kielecko-zamojskie, więc zapamiętamy.......
Dziury wiercę w szachownicę rozstaw co 3 m, muszę trafić. Dawno stwierdziłem, że na tej wodzie nie opłaca się "szukać" na zasadzie dziura tu, dziura tam, tylko wymyśleć system i trzymać się go ściśle. To już nie jest wędkarstwo a statystyka. W końcu muszę trafić na nie.
Są. Pierwszy, drugi, piąty. Przerzucam do sąsiedniej dziury te 15-18cm. Widzę, że coś już nie tak z mymi "kolegami" Głupie uwagi mimochodem nt azora, ciekawość. Odwracam się plecami i robię swoje. Kolejna dziura jest lepsza, ryby o kilka roczników większe. Nie da rady na balona rwać ich do góry. Tylko przeciąganie linki.
Moi "koledzy" już nie dowcipkują. Dwóch z nich po chwili idzie w zupełnie inny rejon zbiornika. Zostaje tylko pan F. Po którymś tam sensownym okoniu staje przy mnie. Nie gada
. Kolejna ryba i gość wymięka. Dopada do mnie, z okrzykiem "Panie, na co pan łowisz???".
Ja nie mówię nic, tylko pokazuję mu zwykłą srebrną mormyszkę. Złapałem ją za haczyk tak, by nie było widać tego co najważniejsze tego dnia na tej wodzie. Żółtej dekoracji wyciętej dziurkaczem z jakiejś butelki po płynie do naczyń.......
F. odchodzi, ryby są już u mnie w worku, działamy dalej. Młody nie ma tyle szczęścia, spina lina, którego nie udało mu się wyjąć przez czyjś otwór wybity pierzchnią.
Na wyjściu z zatoki trafiam rybę dnia. Grube 36 cm pasków. Wybiegane i waleczne. Zdążyłem się tyłkiem odwrócić do innych, kilka chwil zabawy i jest moja. Przynęta to czarna kulka + żółta dekoracja. Obrabiam okolice, nic. To musiał być samotny wilk, bo jakoś blisko lodu strzelił. Zmiana kolorów nic nie daje, czas się zwijać.
Pakujemy się do golfa, dramat. Nie ma kluczyka. Na lodzie śnieg dość wysoki, nie widać nic. Kolejne kursy golf - lód. Godzina szukania. Jaja na całego. Nie mam zapasówek do niego. Trzeba będzie jakiegoś kumatego wezwać co się włamie i odpali.... Młody do mnie krzyczy z daleka - MAM!!
Były zaraz przy samochodzie, przy wyładunku na parkingu wypadł z kieszeni. Boże, jak ja się cieszę!!! Już po zmroku jestem w domu. Młodemu nie poszło dziś, poza dwoma największymi daję mu swoje ryby - masz, zarobiłeś- mówię się śmiejąc. Kto wie, co by było, gdyby on ich nie wypatrzył.
Następnego dnia Młody pojechał do lokalnego sklepu, na piwo, miał już lata. Spotkał tam dwóch z trzech naszych towarzyszy. Mówi im, że M...to nałowił wczoraj taakich okoni. dołożył długości. Oni rechoczą, nie wierzą,bo żaden nie widział. - Ten to ma tyle sprzętu, że....... Młody zamyka im gęby krótkim tekstem: Tak, ma. Wędkę za 10zł i te mormyszki co sam robi.....
Wyjazd nauczył mnie jednej rzeczy. Musi być jedna, nienaruszalna kieszeń, w której będą kluczyki samochodu i nic innego. Zamknięta, bezpieczna. Uwalnia od myślenia, czy będę je miał przy sobie, czy nie........
To te dwa największe......
Miejsce jak ostatnio - Olszewka.
Byłem już wprawiony w tematy bezmotylkowe, bałałajki naaaajlepsze z najlepszych czyli marmish z Kanady, żyłka 0,10 i własne wypusty wolframek z dekoracją.
Wtedy ta woda była na tyle pewna okoniowo, że nie "czy" tylko "kiedy" znajdzie się stadko gotowych do współpracy pasiaków. Wyjazd pamiętam dobrze, bo czas zetknął mnie i sąsiada na lodzie z największym filozofami znawcami, łowcami, sprzedawcami ryb jakich znają moje okolice. Każdy obładowany wędkami, lodówami turystycznymi jako siedziskami...szpan i szyk.
Chodzą, szukają. Tyle , że coraz bardziej zbliżają się do mnie. To ta sama zatoka od 60cm lodu, ale wtedy było go ok. 30cm. Okonie były. Nic szczególnego, ot rozmiar konsumpcyjny, czasami jaki większy bonusik.
Panowie podchodzą, pytają podglądają. Standardowa procedura w takim wypadku wygląda tak, że zostawia się przy sobie jakiegoś mini- pasiaka na lodzie, a te właściwe szybko chowa do torby przy pasie. Nikt nic.....
Pan F. zamiast dzień dobry częstuje mnie wywodami na temat błystek, diabełków i tego jak powinno się nimi posługiwać. Klasyczny przykład "wędkarza teoretycznego". Wredny typ. Kiedyś przegnał mnie z parkingu pod swym blokiem, choć mnóstwo innych miejsc było wolnych. Dla zasady. Spoko, po mieczu mam geny małopolsko-kielecko-zamojskie, więc zapamiętamy.......
Dziury wiercę w szachownicę rozstaw co 3 m, muszę trafić. Dawno stwierdziłem, że na tej wodzie nie opłaca się "szukać" na zasadzie dziura tu, dziura tam, tylko wymyśleć system i trzymać się go ściśle. To już nie jest wędkarstwo a statystyka. W końcu muszę trafić na nie.
Są. Pierwszy, drugi, piąty. Przerzucam do sąsiedniej dziury te 15-18cm. Widzę, że coś już nie tak z mymi "kolegami" Głupie uwagi mimochodem nt azora, ciekawość. Odwracam się plecami i robię swoje. Kolejna dziura jest lepsza, ryby o kilka roczników większe. Nie da rady na balona rwać ich do góry. Tylko przeciąganie linki.
Moi "koledzy" już nie dowcipkują. Dwóch z nich po chwili idzie w zupełnie inny rejon zbiornika. Zostaje tylko pan F. Po którymś tam sensownym okoniu staje przy mnie. Nie gada
. Kolejna ryba i gość wymięka. Dopada do mnie, z okrzykiem "Panie, na co pan łowisz???".
Ja nie mówię nic, tylko pokazuję mu zwykłą srebrną mormyszkę. Złapałem ją za haczyk tak, by nie było widać tego co najważniejsze tego dnia na tej wodzie. Żółtej dekoracji wyciętej dziurkaczem z jakiejś butelki po płynie do naczyń.......
F. odchodzi, ryby są już u mnie w worku, działamy dalej. Młody nie ma tyle szczęścia, spina lina, którego nie udało mu się wyjąć przez czyjś otwór wybity pierzchnią.
Na wyjściu z zatoki trafiam rybę dnia. Grube 36 cm pasków. Wybiegane i waleczne. Zdążyłem się tyłkiem odwrócić do innych, kilka chwil zabawy i jest moja. Przynęta to czarna kulka + żółta dekoracja. Obrabiam okolice, nic. To musiał być samotny wilk, bo jakoś blisko lodu strzelił. Zmiana kolorów nic nie daje, czas się zwijać.
Pakujemy się do golfa, dramat. Nie ma kluczyka. Na lodzie śnieg dość wysoki, nie widać nic. Kolejne kursy golf - lód. Godzina szukania. Jaja na całego. Nie mam zapasówek do niego. Trzeba będzie jakiegoś kumatego wezwać co się włamie i odpali.... Młody do mnie krzyczy z daleka - MAM!!
Były zaraz przy samochodzie, przy wyładunku na parkingu wypadł z kieszeni. Boże, jak ja się cieszę!!! Już po zmroku jestem w domu. Młodemu nie poszło dziś, poza dwoma największymi daję mu swoje ryby - masz, zarobiłeś- mówię się śmiejąc. Kto wie, co by było, gdyby on ich nie wypatrzył.
Następnego dnia Młody pojechał do lokalnego sklepu, na piwo, miał już lata. Spotkał tam dwóch z trzech naszych towarzyszy. Mówi im, że M...to nałowił wczoraj taakich okoni. dołożył długości. Oni rechoczą, nie wierzą,bo żaden nie widział. - Ten to ma tyle sprzętu, że....... Młody zamyka im gęby krótkim tekstem: Tak, ma. Wędkę za 10zł i te mormyszki co sam robi.....
Wyjazd nauczył mnie jednej rzeczy. Musi być jedna, nienaruszalna kieszeń, w której będą kluczyki samochodu i nic innego. Zamknięta, bezpieczna. Uwalnia od myślenia, czy będę je miał przy sobie, czy nie........
To te dwa największe......
niedziela, 31 grudnia 2017
Podlodowe opowieści I
Jako że na lód nie wejdziemy jeszcze (?) długo, warto powspominać czasy zacnych zim, grubych lodów i ryb minionych. Jest kilka wrzutek, o których pamiętam i tak sobie myślę ,że warto je przywołać z pamięci......
Moje podlodowe początki.
Około 2000 roku, może 2001. Nie miałem jeszcze prawa jazdy, woził mnie ojciec. Sprzęt rodem z tej książeczki:
Wędka typu kobyłka ze styropianu, 3 szt mormyszek z ołowianych śrucin przebitych igłą i haczyka wklejonego na super- glue. Jedna miała czerony haczyk ochotkowy, najmniejszy jaki udało mi się kupić. Miejsce -Olszewka. No i przebijak do lodu wyspawany przez ojca z tego, co było szybko dostępne - rura, kawał lemiesza wytartego + trzonek z czarnego bzu, co rósł za stodołą. Ustrojstwo ważyło ze 4 kg, wiadomo -będzie lepiej brało lód. Niedziela, grzecznie po kościele podwoda dostarczył nas na miejsce. Piszę nas, bo wziąłem na załoganta sąsiada, który od czasu do czasu pomagał mi , poza tym chciałem go wkręcić w ryby.
Wtedy zimy były normalne, -15 w nocy przez kilkanaście dni z rzędu, ruskie wyże - jak to wtedy mawiałem.
Wbijamy na lód, nikogo nie ma. Typujemy miejscówkę - taka zatoka z betonowym pomostem do czerpania wody. Super miejsce na okonki w spinie. Zaczynamy kuć, nie jest lekko. To połowa stycznia była.......Dziabiem i dziabiem ten lód na zmianę, od góry zaczynaliśmy od otworu wielkości małego wiaderka. Grubość lodu oraz "geometria" pierzchni powodowała, że stożkowo zmniejszała się jego średnica. Docieramy do wody. Otworek ma z 7 cm max. Nie mogę uwierzyć w grubość pokrywy. Zaznaczam scyzorykiem na trzonku pierzchni. Zmierzę później. Rozkładam spławikówkę.Nie wierzę w te mormyszki, zwłaszcza moje, wymodzone w domu. Gruntujemy no i dramat. Pod lodem zostało z 15 cm wody............. No nic, zmieniamy miejsce na wyjściu z zatoki- kolejne minuty, pot i bluzgi lecą na lód.......Masakra! znowu to samo. Nie mamy siły na więcej, tym bardziej, że kierowca za chwilę przyjedzie..... W domu wyciągam miarę i sprawdzam nacięcie na trzonku 60cm lodu........ Nie wiem jak to możliwe, z czasem poznaję tę wodę i jestem sobie to w stanie wyjaśnić.
Tej zimy nie złowiłem nic. Byłem na lodzie 4-5 razy. Stwierdziłem, że mormyszka to lipa, trzeba skupić się na spławiku, bo widziałem jak lokalsi łowili płotki i wzdręgi na białego robaka w słupie opadających stopniowo płatków owsianych.
No i mocne postanowienie noworoczne -kupuję świder, inaczej nie wejdę na lód.
Moje podlodowe początki.
Około 2000 roku, może 2001. Nie miałem jeszcze prawa jazdy, woził mnie ojciec. Sprzęt rodem z tej książeczki:
Wędka typu kobyłka ze styropianu, 3 szt mormyszek z ołowianych śrucin przebitych igłą i haczyka wklejonego na super- glue. Jedna miała czerony haczyk ochotkowy, najmniejszy jaki udało mi się kupić. Miejsce -Olszewka. No i przebijak do lodu wyspawany przez ojca z tego, co było szybko dostępne - rura, kawał lemiesza wytartego + trzonek z czarnego bzu, co rósł za stodołą. Ustrojstwo ważyło ze 4 kg, wiadomo -będzie lepiej brało lód. Niedziela, grzecznie po kościele podwoda dostarczył nas na miejsce. Piszę nas, bo wziąłem na załoganta sąsiada, który od czasu do czasu pomagał mi , poza tym chciałem go wkręcić w ryby.
Wtedy zimy były normalne, -15 w nocy przez kilkanaście dni z rzędu, ruskie wyże - jak to wtedy mawiałem.
Wbijamy na lód, nikogo nie ma. Typujemy miejscówkę - taka zatoka z betonowym pomostem do czerpania wody. Super miejsce na okonki w spinie. Zaczynamy kuć, nie jest lekko. To połowa stycznia była.......Dziabiem i dziabiem ten lód na zmianę, od góry zaczynaliśmy od otworu wielkości małego wiaderka. Grubość lodu oraz "geometria" pierzchni powodowała, że stożkowo zmniejszała się jego średnica. Docieramy do wody. Otworek ma z 7 cm max. Nie mogę uwierzyć w grubość pokrywy. Zaznaczam scyzorykiem na trzonku pierzchni. Zmierzę później. Rozkładam spławikówkę.Nie wierzę w te mormyszki, zwłaszcza moje, wymodzone w domu. Gruntujemy no i dramat. Pod lodem zostało z 15 cm wody............. No nic, zmieniamy miejsce na wyjściu z zatoki- kolejne minuty, pot i bluzgi lecą na lód.......Masakra! znowu to samo. Nie mamy siły na więcej, tym bardziej, że kierowca za chwilę przyjedzie..... W domu wyciągam miarę i sprawdzam nacięcie na trzonku 60cm lodu........ Nie wiem jak to możliwe, z czasem poznaję tę wodę i jestem sobie to w stanie wyjaśnić.
Tej zimy nie złowiłem nic. Byłem na lodzie 4-5 razy. Stwierdziłem, że mormyszka to lipa, trzeba skupić się na spławiku, bo widziałem jak lokalsi łowili płotki i wzdręgi na białego robaka w słupie opadających stopniowo płatków owsianych.
No i mocne postanowienie noworoczne -kupuję świder, inaczej nie wejdę na lód.
środa, 6 grudnia 2017
A oni już łowią......
Tak trochę hardcorowo, nie polecam- 4cm może tam lodu jest.
bałbym się łazić po trzaskającym lodzie, starzeję się ;)
Najgorsze jest to, że nie mamy dobrych prognoz na grudzień.
Po raz pierwszy wstawiłem w ten sposób film, do tej pory wklejałem linki w html, będzie wygodniej na przyszłość.
środa, 29 listopada 2017
Wejdziem, nie wejdziem.......
Kolejny sezon przed nami, na dalekim wschodzie od nas już łowią. Ja tradycyjnie spodziewam się zimy w połowie stycznia i jednocześnie odliczam w pamięci te gó....niane zimy minionych lat. Ileż ich było? Cykl łagodne- ostre jest siedmioletni, więc może następna zima będzie już normalna?
Oczywiście zapowiadało się z fajerwerkami, znaczy zimą stulecia- jak powszechnie wiadomo te zjawisko nie nastąpi.
Najgorsze w tym wszystkim, że zupełnie nie mam weny na ryby w tym roku.
Od przyszłego tygodnia wchodzi ekipa na remont wnętrza domu. Na szczęście nie mam już tylu obowiązków sołeckich ws. pomocy poszkodowanym wichurą.
Jedyny pozytyw jest taki,że zwalczyłem łokieć tenisisty , co mnie męczył od września. Będę mógł wiercić, o ile świder dotrze. To osobna historia będzie.
Nie mam planów na ten rok. Coś tam dłubię. Dla Bartasa będzie zestaw, film z lutowania wstawię - bo zniknął wraz z poprzednim kanałem YT
On ma rację w jednym - nie można być zbyt wylewnym w tych czasach, ścigać się na ryby jest też niepraktyczne, bo człowiek traci to, co najważniejsze w tym wszystkim , czyli dobrą zabawę.
Mam nowe jeździdło, muszę sprawdzić, czy sanki pasują podlodowe do bagażnika, bez składania kanapy. Marzy mi się rower trójkołowy do przemieszczania po lodzie. Tylko jak zapakować coś takiego do auta? myślałem o tej rampie na hak zakładanej, co myśliwi wożą zwierza ustrzelonego. To też może pełnić rolę bagażnika rowerowego.
Jest tylko jedno ale - zima na to za krótka, policzywszy wszystko do kupy jest po prostu za drogo.
A, jeszcze jedno - chyba jestem na tropie lutowania mormych wielokulkowych, stereo, duo i jak tam je w internetach zwą.
Z obserwacji rynku wynika, że zrobiliśmy z GaGackiem niezłą robotę propagując lutowanie mormych. Ceny wersji podstawowych spadły, jest więcej wytwórców, opcji, pomysłów.
Do tego nie ma problemu z dostępnością wolframu, można go ściągnąć bezpośrednio z Chin. Zauważalnie natomiast podrożały haczyki Gamakatsu 1050N, moje ulubione do zabaw w lutowanie.
P.s. Kupiłem stację lutowniczą, chińczyk, daje radę.
Do usłyszenia wkrótce.
Oczywiście zapowiadało się z fajerwerkami, znaczy zimą stulecia- jak powszechnie wiadomo te zjawisko nie nastąpi.
Najgorsze w tym wszystkim, że zupełnie nie mam weny na ryby w tym roku.
Od przyszłego tygodnia wchodzi ekipa na remont wnętrza domu. Na szczęście nie mam już tylu obowiązków sołeckich ws. pomocy poszkodowanym wichurą.
Jedyny pozytyw jest taki,że zwalczyłem łokieć tenisisty , co mnie męczył od września. Będę mógł wiercić, o ile świder dotrze. To osobna historia będzie.
Nie mam planów na ten rok. Coś tam dłubię. Dla Bartasa będzie zestaw, film z lutowania wstawię - bo zniknął wraz z poprzednim kanałem YT
On ma rację w jednym - nie można być zbyt wylewnym w tych czasach, ścigać się na ryby jest też niepraktyczne, bo człowiek traci to, co najważniejsze w tym wszystkim , czyli dobrą zabawę.
Mam nowe jeździdło, muszę sprawdzić, czy sanki pasują podlodowe do bagażnika, bez składania kanapy. Marzy mi się rower trójkołowy do przemieszczania po lodzie. Tylko jak zapakować coś takiego do auta? myślałem o tej rampie na hak zakładanej, co myśliwi wożą zwierza ustrzelonego. To też może pełnić rolę bagażnika rowerowego.
Jest tylko jedno ale - zima na to za krótka, policzywszy wszystko do kupy jest po prostu za drogo.
A, jeszcze jedno - chyba jestem na tropie lutowania mormych wielokulkowych, stereo, duo i jak tam je w internetach zwą.
Z obserwacji rynku wynika, że zrobiliśmy z GaGackiem niezłą robotę propagując lutowanie mormych. Ceny wersji podstawowych spadły, jest więcej wytwórców, opcji, pomysłów.
Do tego nie ma problemu z dostępnością wolframu, można go ściągnąć bezpośrednio z Chin. Zauważalnie natomiast podrożały haczyki Gamakatsu 1050N, moje ulubione do zabaw w lutowanie.
P.s. Kupiłem stację lutowniczą, chińczyk, daje radę.
Do usłyszenia wkrótce.
niedziela, 19 lutego 2017
sobota, 18 lutego 2017
Wracam do gry !
Po dłuższej przerwie ruszyłem na te ostatki podlodowe. Odwilż na całego, robactwo w powietrzu lata, ptaki drą dzioby. Pewnie jeszcze tydzień w miarę bezpiecznego łowienia zostało. Teraz już nie ma kompromisów: kombinezon wypornościowy, kolce, styro pod tyłek to już obligo. Grubość pokrywy lodowej u mnie to ok. 22cm, dwa pierwsze od góry są już przeżarte ciepłem i deszczem. Jak zacznie padać, to sprawy pójdą szybko.....
Rano zabrałem mięsne dania, mięsne kijki i ruszyłem na znane mi, a w zasadzie znane z ryb złowionych przez znajomego tam przed kilku laty. Pora ta sama, chciałem sprawdzić tę metę. Okazało się, że ryby brały, ale dwa dni temu, w silnym słońcu. Wyjechały spod lodu 37, 38 i kilka 30cm pasiastego szczęścia. Niestety, dziś nie współpracowały i poza odnowieniem starej znajomości podlodowej, ten wyjazd nie dał żadnej frajdy. Ot, około 10 wymiarków, z czego ze 2 z + i to było wszystko. Wracam na obiad, przeładowuję graty, decyzja prosta - jadę na góry. Głupio powiedzieć, ale miałem przeczucie że coś się wydarzy. Wpadam do rodziców po igłę do zastrzyków, o 14.45 jestem na lodzie. Z daleka widzę człeka, coś ciemnego przy nim leży. Ryba? Nie, siekiera...Wiem kto zacz... Odpalam echo, plan na dziś to zrobić porównanie flasera z LCD i ochrzcić nową wędkę. Łowienie na ciężko, ochotka w odwodzie. Pierwsza seria dziur pusta, w drugiej serii coś tam widać na echu, dziwne skupisko....no właśnie nie wiem czego. Jedna rapalka, druga rapalka ,błystka, bałda - nic. No to na mięso. Też lipa. Żuki, kiełże - cisza. Złoszczę się, czas niepotrzebnie stracony - ale ciekawość większa, żeby zobaczyć co tam siedzi........ W między czasie podchodzi właściciel siekiery, chwilę gawędzimy, dopytuję się o sandacze, bo te miejsce aż pachnie zedem. Facet robi zaskoczoną minę, ale potwierdza, ze przed kilku laty to i owszem, na dużym mrozie, zdarzały się mu po 3-4 sztuki.....
Pomstujemy, że w tym roku słabo z rybą, człek dziwi się, że tak późno przyjeżdżam, bo tu tylko z rana.....Przyjeżdza jakiś samochód na plażę, z 4 chłopa wychodzi. Mój rozmówca jakoś nerwowy się robi.....trzeba się zwijać itp. To nie straż, piwkować sobie w plenerze przyjechali. Zostaję sam na lodzie, zmieniam miejsce na szczyt podwodnego garbu. Nie chce mi się wiercić dziur, obrabiam jego siekierowe wypusty. W trzeciej z nich coś na echu miga. Trochę pracy rapalką i siedzi! Wędka solidna jest, może za sztywna na te okonki, ale trochę się gnie, nawet hamulec coś oddał. Mam cię. Niezawodna rapalka - okoń robi robotę. Ciekawe, czy są tam twoi kumple..... Idę wypuścić rybę, te dziury postsiekierowe mają dużą powierzchnię, ale sam otwór wylotowy jest niewielki. Puszczony okoń nie chce zejść w dół, dekompresja wydęła go i trzeba go kłuć. Przydaje się igła do zastrzyków, szybka akcja, pssss i ryba schodzi w dół. Wracam do szczęśliwej dziury, widzę tam spory ruch. No to zaraz będą.......Lipa. Wyłączam kamerkę, zmieniam kolejne przynęty, ciągle wyjścia ryb i to sporych- w porównaniu do tych, które "podziwialiśmy" z GaGackiem... Wreszcie na bałdę siada coś sensownego. Odjeżdża ładnie, kijek się trochę wygina. Wyskakując z przerębla, pluje krąpiem. W dobrym stanie, takim na 7cm. Czyżby wyjaśniła się zagadka skuteczności większych przynęt? Skoro pasiaki celują w takie rozmiary......to muszę coś wymyśleć na jutro. Kolejne kłucie i wodowanie, wracam nad dziurę w nadziei na ciąg dalszy....Na brzeg przyjeżdżają kolejne ekipki, pewnie pyfko w plenerze..... Muzyka, hałas denerwują. Zaczynam szukać dalej, mam jeszcze z pół godziny zanim zrobi się ciemno.
Na ochotkę wyławiam kilka palczaków, te większe zwinęły manatki, w każdym razie nie widać ich na echu... Czas do domu.
Po drodze narada z GaGackiem, cieszę się, że ryby wreszcie ruszyły.... Może tak jutro jeszcze uda się wyskoczyć....... Od poniedziałku wichury, środek tygodnia bez możliwości czasowych, do czwartku i piątku daleko.
Do usłyszenia. Darz lód!!
Rano zabrałem mięsne dania, mięsne kijki i ruszyłem na znane mi, a w zasadzie znane z ryb złowionych przez znajomego tam przed kilku laty. Pora ta sama, chciałem sprawdzić tę metę. Okazało się, że ryby brały, ale dwa dni temu, w silnym słońcu. Wyjechały spod lodu 37, 38 i kilka 30cm pasiastego szczęścia. Niestety, dziś nie współpracowały i poza odnowieniem starej znajomości podlodowej, ten wyjazd nie dał żadnej frajdy. Ot, około 10 wymiarków, z czego ze 2 z + i to było wszystko. Wracam na obiad, przeładowuję graty, decyzja prosta - jadę na góry. Głupio powiedzieć, ale miałem przeczucie że coś się wydarzy. Wpadam do rodziców po igłę do zastrzyków, o 14.45 jestem na lodzie. Z daleka widzę człeka, coś ciemnego przy nim leży. Ryba? Nie, siekiera...Wiem kto zacz... Odpalam echo, plan na dziś to zrobić porównanie flasera z LCD i ochrzcić nową wędkę. Łowienie na ciężko, ochotka w odwodzie. Pierwsza seria dziur pusta, w drugiej serii coś tam widać na echu, dziwne skupisko....no właśnie nie wiem czego. Jedna rapalka, druga rapalka ,błystka, bałda - nic. No to na mięso. Też lipa. Żuki, kiełże - cisza. Złoszczę się, czas niepotrzebnie stracony - ale ciekawość większa, żeby zobaczyć co tam siedzi........ W między czasie podchodzi właściciel siekiery, chwilę gawędzimy, dopytuję się o sandacze, bo te miejsce aż pachnie zedem. Facet robi zaskoczoną minę, ale potwierdza, ze przed kilku laty to i owszem, na dużym mrozie, zdarzały się mu po 3-4 sztuki.....
Pomstujemy, że w tym roku słabo z rybą, człek dziwi się, że tak późno przyjeżdżam, bo tu tylko z rana.....Przyjeżdza jakiś samochód na plażę, z 4 chłopa wychodzi. Mój rozmówca jakoś nerwowy się robi.....trzeba się zwijać itp. To nie straż, piwkować sobie w plenerze przyjechali. Zostaję sam na lodzie, zmieniam miejsce na szczyt podwodnego garbu. Nie chce mi się wiercić dziur, obrabiam jego siekierowe wypusty. W trzeciej z nich coś na echu miga. Trochę pracy rapalką i siedzi! Wędka solidna jest, może za sztywna na te okonki, ale trochę się gnie, nawet hamulec coś oddał. Mam cię. Niezawodna rapalka - okoń robi robotę. Ciekawe, czy są tam twoi kumple..... Idę wypuścić rybę, te dziury postsiekierowe mają dużą powierzchnię, ale sam otwór wylotowy jest niewielki. Puszczony okoń nie chce zejść w dół, dekompresja wydęła go i trzeba go kłuć. Przydaje się igła do zastrzyków, szybka akcja, pssss i ryba schodzi w dół. Wracam do szczęśliwej dziury, widzę tam spory ruch. No to zaraz będą.......Lipa. Wyłączam kamerkę, zmieniam kolejne przynęty, ciągle wyjścia ryb i to sporych- w porównaniu do tych, które "podziwialiśmy" z GaGackiem... Wreszcie na bałdę siada coś sensownego. Odjeżdża ładnie, kijek się trochę wygina. Wyskakując z przerębla, pluje krąpiem. W dobrym stanie, takim na 7cm. Czyżby wyjaśniła się zagadka skuteczności większych przynęt? Skoro pasiaki celują w takie rozmiary......to muszę coś wymyśleć na jutro. Kolejne kłucie i wodowanie, wracam nad dziurę w nadziei na ciąg dalszy....Na brzeg przyjeżdżają kolejne ekipki, pewnie pyfko w plenerze..... Muzyka, hałas denerwują. Zaczynam szukać dalej, mam jeszcze z pół godziny zanim zrobi się ciemno.
Na ochotkę wyławiam kilka palczaków, te większe zwinęły manatki, w każdym razie nie widać ich na echu... Czas do domu.
Po drodze narada z GaGackiem, cieszę się, że ryby wreszcie ruszyły.... Może tak jutro jeszcze uda się wyskoczyć....... Od poniedziałku wichury, środek tygodnia bez możliwości czasowych, do czwartku i piątku daleko.
Do usłyszenia. Darz lód!!
niedziela, 12 lutego 2017
Łowimy z GaGackiem cz. 3
Ostatni materiał złożony z naszych nagrywek.
Bez szczęśliwego finału w postaci okazów, za to na luzie, 100% autentyczności
i spontanu....
sobota, 11 lutego 2017
Karma is b....ch
Dopadło mnie moje nieogarnięcie genetyczne prawie.
Dopadł mnie pośpiech, nieoglądanie się za siebie.
Dopadł mnie bałagan na pokładzie.
Świder zostawiłem na parkingu w środę podczas wizyty na feralnym jeziorze. Dziś chciałem dotlenić swój stawik,a tu okazuje się że w samochodzie pusto....
To nie koniec gry, bo jakiś czas temu dobry człowiek - czytelnik, widz użyczył mi swego Tonara. Także coś się jeszcze wydarzy,
mam naukę na przyszłość, bo z faktem mogę się już tylko pogodzić. Oby dobrze służył znalacy, i tak chciałem go sprzedać, ;)
Przesiedziałem w domu te największe wygwizdowa, zacząłem wsłuchiwać się w eter - nie robić nic na siłę. Zimno, wiatr, prześwietlony lód. Źle się czuję ze względu na moje przypadłości zdrowotne i wielokrotnie sprawdzała mi się zasada - jeżeli łamią gnaty, jestem półprzytomny ciśnieniowo - wyniki są żadne lub prawie żadne. Trzeba cierpliwie czekać i szukać szansy w lepszych warunkach, bo jeżeli mnie boli, to ryby mają pozamykane pyski tak czy siak.
Zostały pewnie 2 tygodnie łowienia, i mam nadzieję powetować sobie tę cieniznę z początku lutego.
W międzyczasie stałem się specjalistą od diagnozowania używanych akumulatorów, instalacja testowa 3 x h7, mierniki cęgowe, nowa ładowarka -bo renomowany CETEK padł i takie tam sprawy w kontekście wiosennego mapowania. Na drugim froncie chłonę wiedzę o echosondach batymerii wód od innego dobrego człowieka, który jest szkiełkiem a ja okiem. Cokolwiek robicie - trzeba się rozwijać.
Dziś uprzejmy wędkarz w komentach filmowych od głupków wyzywał - nikogo nie zmuszam do oglądania, to nie TVP info w nadwiślańskich jednostkach wojskowych..... Jak to mówię niektórym moim adeptom szkółki wędkarskiej, zbyt wyrywnym na lekcjach - Masz jakieś plany na niedzielę? Bo my będziemy na zawodach...
Do usłyszenia.
czwartek, 9 lutego 2017
Przyzerowałem po raz pierwszy w tym roku.
W zasadzie nie ma o czym pisać -w środę na górach skończyło się trzema palczakami. Dziś chciałem sprawdzić jezioro, na którym na lodzie nie złowiłem porządnego okonia nigdy. Klątwa trwa, szukałem ich z dala od brzegu i tylko dwie dziury wskazywały jakieś odczyty. Próbowałem na wszystko to , co mam w pudełkach. Na lekko i ciężko, nie zabierałem mięsa na pokład i pewnie to błąd. Statystycznie widzę, że ryby tracą zapał do sztucznych przynęt i trzeba zrobić pivot w stronę mięska na haku. Będzie zatem okazja do nagrania filmu - lutowanie mormyszek- przeżyj to jeszcze raz.
Poza tym zimnica straszna - nie chce się siedzieć na lodzie. Trzeba odwilży chyba czekać.
poniedziałek, 6 lutego 2017
sobota, 4 lutego 2017
Łowimy z GaGackiem cz.1
Wreszcie się spotkaliśmy, znamy się przecież z 5 lat, masa czasu przegadana, wspólne napędzanie podlodowej pasji....Podziwiam Łukasza tym bardziej, bo zamiast jechać na Mazury ,tłukł się do mnie przez pół nocy ze środy na czwartek. Wcześniejsze konsultacje - pt "co wziąć?!" licencja okresowa w kieszeni i po śniadaniu, przeładowaniu samochodów, ruszamy na góry.
W czwartek byliśmy na górach, obławialiśmy blat, na którym zeszłej zimy miałem niezłe wyniki.
Materiał filmowy wrzucę pewnie jutro, jest tego trochę, internet mi się rwie - ciężko uploadować na kanał. Bądźcie więc czujni.
Film robiłem w edytorze YT, nie za bardzo wyszły mi przejścia. Za to jakość obrazu powinna zadowolić widzów zdecydowanie lepiej niż poprzedni materiał. Wiem, że krótko, jutro będzie dłuższy - łowiliśmy i gadaliśmy. Średnie warunki do kręcenia materiałów, ale coś dało się wymodzić. Najbardziej wnerwia mnie fakt, że kanał podpięty jest do innego konta mailowiego niż bloog i nie widzę komentów. Z drugiej strony nie mam czasu na nie odpowiadać za bardzo.
środa, 1 lutego 2017
Gdy ryba nie bierze - warsztat 2. Z bezmotylką na płytkiej wodzie. Cz. 2
Na szczęście zrobiłem upload rano, bo teraz jadę z neta po komórce, mój domowy coś się sypie i byłby lipa z 2 cz. materiału. Udało mi się kupić kamerkę używaną w dobrych pieniądzach, także materiały zyskają na jakości. Poza tym jutro z GaGackiem ruszamy na góry, potem obiad i po południu ruszamy z ochotką na inne jezioro. Takie plany, życie pokaże co i jak.
Nie było żadnych bisów, wszystko spontan, czasami język się poplątał, ale co tam. ;)
poniedziałek, 30 stycznia 2017
Gdy ryba nie bierze - warsztat 1. Bezmotylka - wprowadzenie. Z bezmotylką na płytkiej wodzie. Cz. 1
To tylko zapowiedź materiału, który wrzucę dziś. Sam tytuł sugeruje dla czego jest tak, jak jest. Byłem dziś na trzech wodach, palczaki, zero, zero. Na górach masa drobnicy, nie ma jak się przebić do grubszej ryby, trzeba szukać, szukać i szukać. Mam nadzieję, żę jak GaGacek dojedzie, to wtedy łatwiej będzie namierzyć te większe. Zobaczymy.
Tym czasem podstawy bezmotylki w materiale video, który ukarze się dziś wieczorem. Do usłyszenia ,zobaczenia.
Sorry, że to trwało tak długo, obróbka edycja zżerają ok 5 g dla filmu kilkunastominutowego, jutro 2 cz.
Miłego oglądania.
P.s. Pracuję nad jakością - będzie inna kamerka na następne produkcje, także proszę o wyrozumiałość w kwestiach technicznych.
Tym czasem podstawy bezmotylki w materiale video, który ukarze się dziś wieczorem. Do usłyszenia ,zobaczenia.
Sorry, że to trwało tak długo, obróbka edycja zżerają ok 5 g dla filmu kilkunastominutowego, jutro 2 cz.
Miłego oglądania.
P.s. Pracuję nad jakością - będzie inna kamerka na następne produkcje, także proszę o wyrozumiałość w kwestiach technicznych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)













